newsweek.pl 31.03.2017

Polska to raj dla furiatów – im głośniej wrzeszczysz tym więcej załatwiasz, bo dla świętego spokoju schodzą ci z drogi. Nie inaczej jest w pracy. Niestety. Ale z szefem-furiatem można sobie poradzić. Jak?

Polacy na siebie krzyczą. Wrzask przerywany swojską ku…. jest najpopularniejszą formą komunikacji w rodzimym wydaniu. Krzyczą matki, dzieci, nauczyciele, podwładni i szefowie. Wrzask zastępuje racjonalne argumenty i spokojną rozmowę. Co gorsza – agresja i przemoc to stały substytut zarządzania i niezmienne realia pracy w Polsce.

Nie musisz mieć klasy, żeby mieć kasę

O pożyteczności agresji w pracy metodycznie przekonywały Polaków kiepskie amerykańskie szkolenia z końca lat 90-tych ubiegłego wieku. Ekspansywne sieci sprzedażowe, korporacje i banki przywiozły ze sobą nie tylko kapitał, również pomysły na to, jak homo sovieticus przerobić na homo economicus i tego ostatniego nauczyć brutalnej walki o pieniądze. Ówczesne programy szkoleniowe pełne były NLP-owskich pomysłów jak przetrwać na brutalnym rynku nowej ekonomii. Metody szkoleń nie były specjalnie wyszukane. Od prostackich okrzyków w stylu jesteś zwycięzcą i jesteśmy najlepsi aż po przekonywanie, że manipulacja i autoprezentacja w stylu Roberta Cialdini i Marka Leary przerobi Polaków w rekinów biznesu.

I cóż z tego, że oprócz tandetnych, taniutkich szkoleń w stylu „podnosimy sprzedaż” były elitarne programy BBA i MBA? Te ostatnie, nie miały szansy przebić się do powszechnej świadomości choćby, dlatego że i do dzisiaj są poza finansowym zasięgiem niejednego kierownika.
Elitarne wykształcenie było i jest dla wybranych, do reszty – zgodnie z zasadą gorszego pieniądza, który wypiera lepszy – dotarły szkoleniowe chórki w stylu: „You can do it”. Chóralny przekaz był prosty – nie musisz mieć klasy, żeby mieć kasę.

Polska to raj dla furiatów

Na tej samej zasadzie działa polski rynek pracy i rekrutacji. Nagradzał (i nadal to robi) agresje i jednoznacznie kojarzy ją z głodem sukcesu i pieniędzy. Wśród stałych wymagań rekrutacyjnych od lat nie zmienia się kryterium: efektywności (inaczej – po trupach do celu), skuteczności (nie liczą się metody, byle była sprzedaż) i zorientowania na osiąganie celów (nie nagradzamy za etykę i dylematy moralne).

Bez sporej dozy agresji nie ma pracy dla prezesów, dyrektorów, polityków, dziennikarzy, maklerów giełdowych, handlowców i pracowników reklamy.
Skoro agresja i brak skrupułów są, w powszechnym rozumieniu, tożsame z sukcesem to wolno bezkarnie wrzeszczeć na pracowników, panią przy kasie lub kierowcę w sąsiednim aucie. Skoro agresja jest atrybutem powodzenia to wolno upokarzać i co najważniejsze – nie wstydzić się chamstwa.
Polska to raj dla furiatów – im głośniej wrzeszczysz tym więcej załatwiasz, bo dla świętego spokoju schodzą ci z drogi.

Po co konfliktować zespół?

Pod koniec lat 90. polskie życie korporacyjne podzielili między siebie Amerykanie i Francuzi. Chociaż obie kultury dzielą tysiące kilometrów, to zostawiły w spadku zaskakująco spójny, patologiczny model zarządzania.

Zespołem w konflikcie łatwo się steruje, można go kontrolować, ograniczać awansowanie, zbierać nieformalne informacje. Korzyści są znaczące.

Hampden-Turner i Trompenaars w głośnej książce „Siedem kultur kapitalizmu” pisze, że Francja kocha konflikt, emocje i wszystko, co francuskie. To, co nie jest francuskie jest słabsze i z definicji gorsze. Jeśli jest słabsze, to nie budzi zaufania i wymaga stałej kontroli. Pomysł na kontrolę we francuskim wydaniu jest prosty – zarządzanie przez konflikt. Nie wolno go mylić z zarządzaniem konfliktami. To drugie, to skądinąd bardzo nowoczesne, z gruntu pozytywne metodologie rozwiązywania sporów. Francuskie metody zarządzania przez konflikt są natomiast głęboko dwuznaczne etycznie i dziecinnie proste.

Dwóch szefów w jednym zespole, rozproszona decyzyjność, kontrolowane plotki i systemowa dezinformacja, tworzenie grup i koterii rodem z wersalskiego dworu. To wszystko rodzi cykliczne konflikty, buduje atmosferę podejrzliwości, uniemożliwia lojalność i współpracę.

Po co, wiec konfliktować zespól skoro koszty są tak wysokie? Otóż – zespołem w konflikcie łatwo się steruje, można go kontrolować, ograniczać awansowanie, zbierać nieformalne informacje. Korzyści są znaczące, nawet za cenę koszmarnej atmosfery pracy, rosnącej agresji, frustracji, kłótni i wszechobecnych wrzasków wśród pracowników.

Przyzwolenie na wrzask

Zapytacie, dlaczego pomijam milczeniem biznesową spuściznę Portugalczyków, Niemców i Anglików? Otóż, dlatego, że jak pisze Gill Amado L’Individu dans l’Organisation: Les Dimension Oubliees, Francja i Stany to kultury zarządzania irracjonalnego, konfliktowego, naiwnego i w USA – psychologizującego.

Polakom, Francuzom i Amerykanom było po drodze, spotkali się w połowie tych samych wad, kompleksów, lęków i słabości. My, ze swojej strony, starannie wybraliśmy z obu kultur to, co najsłabsze wymieszaliśmy ze staropolskim sobiepaństwem i stworzyliśmy własną kulturę przyzwolenia na wrzask, przemoc i agresję w pracy.

Jeśli pracujesz z furiatem i nie wiesz jak sobie radzić …

  1. Postaraj się nie odpowiadać krzykiem na krzyk. Zwróć uwagę, że nic nie usprawiedliwia braku szacunku do pracownika.
  2. Wyraźnie przeciwstawiaj się agresji, spokojnie odpowiedz że prosisz o rozmowę, kiedy opadną emocje.
  3. Zastosuj parafrazę: „jeśli dobrze zrozumiałem chodzi panu/i o to, że….”. Racjonalny ton i rozmowa o konkretach często uspokajają.
  4. Po awanturze poproś o spotkanie i wyjaśnienie, co było powodem wybuchu. Przygotuj się do rozmowy i zaproponuj rozwiązanie problemu.
  5. Jeśli awantury powtarzają się lub łączą z przejawami mobbingu, notuj daty i powody starć. Notatki przydadzą się na wypadek gdybyś musiał bronić się w sądzie pracy.
  6. Wszystkie powyższe rady będą przydatne tylko pod warunkiem, że szef-furiat nie ma depresji lub zaburzeń psychicznych wymagających leczenia farmakologicznego i terapii.

Facebook comments:

comments