rymszewicz.NaTemat.pl – 2013-01-13

 Cześć, mam na imię Violetta i jestem pesymistką. Dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pusta, a po burzy nie zawsze świeci słońce. Kiedy nie rozumiem lub nie panuję nad wydarzeniami, zazwyczaj przewiduję najczarniejszy możliwy scenariusz. Czy w naszej zamerykanizowanej, hurraoptymistycznej rzeczywistości jest jeszcze miejsce dla ludzi podobnych do mnie?

Kult optymizmu i tzw. myślenia pozytywnego pojawił się za sprawą Normana Vincenta Peale, i jego wydanej w latach 50-tych XX wieku książki pt. „The Power of Positive Thinking”. Ogromny sukces książki zaskakuje tym bardziej, że protestancki kaznodzieja nie stworzył treści o charakterze naukowym. Jest to raczej luźny zbiór refleksji o tym, że warto hołdować jego „pozytywnej filozofii”. Zachwyt i uwielbienie, jaki powojenna Ameryka okazała filozofii pozytywnego myślenia najlepiej oddaje fakt, że „keep smiling” i „be positive” na trwałe przeniknęło do wszystkich dziedzin życia – od kultury, przez politykę aż po biznes.

Norman Vincent Peale

Amerykanie bardzo długo nie przyjmowali do wiadomości, że bezrefleksyjny optymizm może wiązać się z ryzykiem. Jakim ryzykiem? Otóż – na przykład – powierzchownego traktowania rzeczywistości i niedoceniania zagrożeń. Przełom w sposobie myślenia przyniosła dopiero nowojorska tragedia z września 2001 roku i trwający od 2008 roku głęboki kryzys ekonomiczny.

Kiedy w 2007 roku zmarł wybitny nowojorski psychoterapeuta Albert Ellis, Ameryka przypomniała sobie, że oprócz tradycji bezrefleksyjnego hurraoptymizmu mają również osiągnięcia w inteligentniejszym i co ważne – naukowym podejściu do rzeczywistości. Elis, wybitny twórca terapii racjonalno – emotywnej, zasłynął z uwspółcześnienia przemyśleń starożytnych Stoików – „Kiedy stajemy przed niepewną przyszłością najlepszym rozwiązaniem nie jest planowanie najlepszego, tylko najgorszego możliwego scenariusza wydarzeń”.

Co za zmiana mentalności! Nawet do amerykańskich wiecznych optymistów dotarło wreszcie, że życie jest nieprzewidywalne, a samo powtarzanie, że wszystko będzie świetnie może nie wystarczyć. Pojawiły się opinie, że gdyby nie bezmyślny optymizm nie doszłoby do załamania rynku nieruchomości, masowych upadków banków i afery Lehmann-Brothers.

Polacy przy amerykanach wypadają nieco ponuro i … znacznie dojrzalej. Reakcje przeciętnego Amerykanina niepokojąco kojarzą się z silnym kompleksem Polyanny, naiwną wiarą, że pomijanie myślenia o tym, co trudne i nieprzyjemne może uchronić przed nieszczęściem i niepowodzeniem.

Stanom Zjednoczonym daleko do raju na ziemi. Ponad 46 milionów Amerykanów (15.1 %) żyje w skrajnym ubóstwie. „… przez trzy najgorsze lata przeciętna rodzina z amerykańskiej klasy średniej straciła 40 proc. życiowego dorobku. W 2007 jej majątek wynosił 126 tys. dolarów, w 2010 – już tylko 77 tys. dolarów. Oznacza to, że cofnęła się do poziomu z 1992 roku (z uwzględnieniem inflacji), czyli ostatnie dwadzieścia lat może – pod względem finansowym – spisać na straty. „ (*)

Amerykański system opieki zdrowotnej praktycznie nie istnieje. Wskaźniki przestępczości biją na głowę wszystkie państwa demokratyczne. Powszechna dostępność do broni powoduje, że żaden mieszkaniec Stanów nie może być pewien, czy wieczorem wróci do domu żywy. System edukacyjny oparty na merytokracji jest zarezerwowany dla najzamożniejszej klasy średniej i wyższej. Dokąd zaprowadził ich ślepy optymizm?

Zmieniające się podejście do życia zanalizowała i opisała Julie Norem, nazywając nową strategię przetrwania w trudnych czasach „defensive pessimism”: „Spodziewaj się najgorszego, dobrze się przygotuj, a jeśli przyjdzie lepsze – będziesz miał miłą niespodziankę.” Strategia opisana przez Norem pozwala przetrwać szczególnie trudne wydarzenia życiowe, zracjonalizować smutek, niepokój i strach przed przyszłością.

Najbardziej zaskakujący w badaniach Norem jest fakt, że ponad 35% Amerykanów regularnie stosuje „defensive pessimism”, a nawet traktuje go jak sposób na życie. Idea, aby wyobrazić sobie najgorszy, najbardziej przerażający scenariusz życiowy i wcześniej się przygotować pochodzi od Stoików. Przed długie dziesięciolecia przeciwwagą dla niej była idea pozytywnych wizualizacji pt. „Zwizualizuj siebie, jako człowieka sukcesu”.

Tymczasem wiara w pozytywną moc wizualizacji mocno osłabła. Psycholog Joanne Wood z University of Waterloo odkryła, że tzw. pozytywne afirmacje…. nie działają. A ściślej mówiąc mogą nieco pomóc w osiąganiu celów, ale tylko wąskiej grupie osób z odpowiednio wysokim poziomem poczucia własnej wartości.

Dla osób z niskim poczuciem własnej wartości lub po prostu dla tych wszystkich, którzy mają racjonalne podejście do siebie, afirmacje tylko szkodzą. Dlaczego? Przede wszystkim, dlatego, że jak wykazują badania Wood, powtarzanie afirmacji pogarsza samopoczucie i zwiększa przepaść pomiędzy tym jak czujemy się ze sobą i naszym życiem a stanem pożądanym.

No cóż – czasy mamy takie, że dezaktualizują się kolejne amerykańskie „teorie”. Taka na przykład asertywność – szkoleniowy przebój z początku XXI wieku – apoteoza indywidualizmu i egoizmu. Czysty absurd. No, ale zostawmy to na zupełnie inną okazję.

Wróćmy do pesymizmu. Odważę się i powiem głośno – lubię nasz polski pesymizm. Nie lubię malkontenctwa, ale pesymizm do mnie przemawia. Cenię tę dojrzałość, która wie, że nigdy nie wiadomo, co przyniesie jutro. Ten egzystencjalny lęk przed przyszłością i tym wszystkim, czego nie da się przewidzieć i opanować. Lubię, kiedy z Polakiem można sobie po ludzku wymienić „czarnowidzenie”. Od razu robi się cieplej na sercu i jakoś tak …. bliżej.

Terror ślepego optymizmu i „myślenia na tak” tylko oddala ludzi od siebie. Każdy, kogo dotyka samotność, choroba lub gorszy moment w życiu, w otoczeniu bezmyślnie uśmiechniętych czuje się jak słoń w składzie z porcelaną.

Wreszcie – my Polacy – nauczyliśmy się, że można się nie wiem jak starać, a wydarzenia i tak potoczą się niezależnie od naszych planów. Może nie jesteśmy gotowi na każdą najgorszą ewentualność, ale przynajmniej wiemy, że może się zdarzyć.

Na koniec sarkastyczna, brytyjska odpowiedź na kult optymizmu i samozadowolenia. Ze specjalną dedykacją dla wszystkich pesymistów.

 


(*) Mariusz Zawadzki: Kryzys cofnął Amerykę o 20 lat. m.wyborcza.pl 2012-06-13

Facebook comments:

comments