rymszewicz.NaTemat.pl – 2012-05-02

Sidonia Jędrzejewska, europosłanka do Parlamentu Europejskiego, powiedziała kiedyś podczas wywiadu, że Polacy sami się eliminują w drodze do stanowisk w instytucjach UE. Polacy nie tylko sami się eliminują. Polacy są również eliminowani. Przez kolejne rządy, ułomny system edukacji i wreszcie paskudne polskie cechy – zawiść i nielojalność.

W realiach międzynarodowych o pozycji i sile kraju decyduje jakość i profesjonalizm służb dyplomatycznych. W Unii Europejskiej o pozycji i sile kraju decyduje zaplecze złożone z osób zatrudnionych w Instytucjach. I to na wszystkich poziomach – od komisarzy, poprzez dyrektorów, średni szczebel zarządzania, aż po specjalistów i asystentów. Wbrew pozorom te ostatnie grupy stanowisk są najważniejsze z punktu widzenia przeciętnego Polaka. Przyczyna jest dość oczywista. Silna reprezentacja polskich urzędników w strukturach, oznacza łatwiejszy (bo po polsku) dostęp do spraw załatwianych w Instytucjach. Urzędnicy unijni są zobowiązani do obiektywizmu i równego traktowania wniosków, ale są też ludźmi. Mają zwykły ludzki sentyment do spraw płynących z kraju i starannie nad nimi czuwają.

Można nie lubić Unii Europejskiej ani Instytucji Unijnych. Można nie zgadzać się z ideą zjednoczonej Europy. Wolno nam. Jedno pozostaje faktem – centrum wydarzeń we współczesnej Europie koncentruje się wokół Parlamentu Europejskiego i Instytucji. Ograniczanie dostępu Polaków do Instytucji oznacza osłabianie pozycji Polski w Europie.

Dlaczego napisałam „ograniczanie”?

Otóż dlatego, że jesteśmy jednym z nielicznych krajów europejskich, które nie wspierają swoich kandydatów do pracy w Instytucjach. Kandydaci z Polski są niedoinformowani. Za mało wiedzą o możliwościach kariery w Brukseli, Luksemburgu czy agencjach Instytucji UE. Rząd polski nie monitoruje poziomu zatrudnienia Polaków w Instytucjach. Idea ‘’równowagi geograficznej” w zakresie zatrudnienia pracowników, jak widać, nie dotyczy Polaków.

Kolejne ekipy rządzące są zainteresowane wyłącznie obsadzaniem najwyższych stanowisk powiązanych z polityką. Kandydatów do pracy na niższych szczeblach pozostawia się bez wsparcia, informacji i szkoleń.

Na skutek reformy w 2010 roku procedura rekrutacji do Instytucji jest bardzo skomplikowana. Narzędzia selekcyjne – rodzaj użytych testów i metodologii – niezwykle trudny. Pierwszy etap – preselekcja – to prawdziwy koszmar. Skomplikowane testy psychometryczne, często źle przetłumaczone na język polski okazują się barierą nie do pokonania. Rzadko zdarza się, aby kandydat z Polski przechodził etap preselekcji za pierwszym podejściem.

Przyczyna tkwi w nieprzygotowaniu naszych kandydatów do zdawania testów psychometrycznych. Polski system szkolny zupełnie pomija rozwijanie kompetencji wymaganych w pracy za granicą (umiejętności analitycznych, krytycznego myślenia, wyłapywania błędów i pomyłek, podejmowania decyzji i odporności na stres).

Pozostaje jeszcze jeden znaczący problem. Na ostatnim etapie rekrutacji, po skomplikowanych testach, kandydaci przechodzą przez rozmowy kwalifikacyjne w Dyrekcjach. Konkurują z absolwentami najlepszych uczelni na świecie. Normą jest francuska ENA (École Nationale d’Administration), London School of Economics, Sorbona, Oxford i Cambridge. Czym może pochwalić się absolwent uczelni nieobecnych w światowych rankingach uniwersyteckich?

Przez pewien czas publikowałam w „Gazecie Wyborczej” artykuły o rekrutacjach do Instytucji (rekrutacje EPSO). Pod każdym z nich, w komentarzach, na ambitnych europracowników spadały paskudne inwektywy, agresja sięgała zenitu. Kto, wobec takiej atmosfery, przyzna się że marzy o karierze w instytucjach UE?

Ci, którym udaje się przejść przez rekrutacje EPSO, to mocarze. Najlepsi z najlepszych. Absolwenci źle doinwestowanych polskich uczelni. Nic tak dobrze nie świadczy o Polsce jak oni.

Facebook comments:

comments