Stracone pokolenie – generacja 40+

Stracone pokolenie – generacja 40+

rymszewicz.NaTemat.pl – 2012-06-05

W Polsce, po cichutku, bez szumu medialnego ma miejsce wielki drenaż mózgów. I to nie dlatego, że do pracy za granicę wyjeżdżają młodzi, tuż po studiach. Tylko dlatego, że marnuje się ogromny potencjał wiedzy i doświadczenia pracowników po czterdziestce.

Przywykliśmy do stereotypu, mówiącego że „kryzys wieku średniego”, to u panów – młodsza żona i wyścigowe auto; u pań – „rycząca czterdziestka”. Czasy się zmieniają – z załamaniem się ekonomii, czterdziestolatki coraz częściej doświadczają „kryzysu wieku średniego” w wersji dramatycznej – załamania kariery i długotrwałego bezrobocia.

Generacja dzisiejszych czterdziesto-, pięćdziesięciolatków to pokolenie, które dało się oszukać panującemu na początku lat dziewięćdziesiątych kultowi kariery i sukcesu. Długo wierzyliśmy, że im więcej mamy szkoleń i im bogatsze doświadczenie, tym łatwiej i dłużej utrzymamy się na rynku pracy. Niestety – brutalnie tracimy pracę i często nie mamy szansy na znalezienie nowej. W przypadku czterdziesto- i pięćdziesięciolatków szok przymusowego bezrobocia jest tym większy, im CV bogatsze w doświadczenie i wykształcenie.

Zobacz także: Nadchodzi generacja Y – młodzi, zdolni i nielojalni. Pracodawcy w strachu, bo nie są gotowi na ich przyjęcie

Bezrobotnych z przymusu „dojrzałych” zawodowców spotykam regularnie. Ich historie są zadziwiająco do siebie podobne.

Mateusz – doświadczony manager po pięćdziesiątce. Świetne CV; ukończone studia podyplomowe, zna dwa języki obce. Bez pracy od ponad dwóch lat.

Opowiadał mi, że rozmowy kwalifikacyjne przebiegają według zbliżonego scenariusza.

Niedoświadczony rekruter (często absolwent lub student V roku). Arogancki. Podczas rozmowy przekonuje pana Mateusza, że to nie jest praca dla niego, bo … będzie się nudził.

Michał zapamiętał „dobrą” radę jednego z rekruterów – „Niech pan poszuka życzliwych ludzi, ja dla pana pracy nie znajdę”.

Anna – wieloletni manager, po czterdziestce. Przez kilkanaście lat pracowała na eksponowanych stanowiskach za granicą. Ma wąską, niszową, poszukiwaną specjalizację. Zna sześć języków. Chciała wrócić do Polski, żeby być bliżej rodziny. Ponad dwa lata szukała pracy. Była gotowa zmienić branżę, ba – nawet nauczyć się nowego zawodu.

Jeden z rekruterów, z którymi rozmawiała wygłosił szokującą opinię: „Chce pani zmienić zawód? W tym wieku ludzie nie uczą się już tak szybko”.

Jan – wysokiej klasy informatyk. 52 lata. Absolwent elitarnych, zagranicznych studiów podyplomowych. Zna biegle dwa języki obce. Ponad rok bezskutecznie szukał pracy w kraju. Wyjechał. Pracuje w dużej, znanej firmie informatycznej.

Od jednego z rekruterów usłyszał – „Jest pan za drogi. Zatrudnimy 3 młodych. A że nie mają pana wiedzy i umiejętności? Nie szkodzi – nauczą się.

Podobnych historii dojrzałych zawodowców, brutalnie wykluczonych z rynku pracy są setki. Doliczmy do nich historie wszystkich zwalnianych specjalistów i osoby bez wykształcenia i mamy obraz straconego pokolenia zawodowców.

O problemie nikt nie mówi. Rząd i media troszczą się o rozpieszczone i krnąbrne pokolenie „Y”, wierząc że rynek pracy utemperuje niepokornych i skłoni do zarabiania na starsze generacje.

Trudno jest mi zrozumieć ten sposób myślenia. Skoro reformujemy system emerytalny i przedłużamy czas pracy do 67 lat – dlaczego marnujemy potencjał doświadczonych, wykształconych, lojalnych pracowników?

W krajach z bardziej cywilizowanym rynkiem pracy, dojrzały pracownik pełni role mentora wobec nowo zatrudnionych. Uczy zawodu, wprowadza w organizację pracy, tłumaczy prawa i kulturę firmy. W Polsce jest traktowany jak zrzęda i stary zgred.

Taką mamy kulturę pracy „jakie jest młodzieży chowanie”. W Polsce karierę można robić tylko do 40-tki, potem idziemy w odstawkę.