Rozmowa z Janem Truszczyńskim, o tym, czy Europie opłaca się przyjaźń z Chinami.

Rozmowa z Janem Truszczyńskim, o tym, czy Europie opłaca się przyjaźń z Chinami.

rymszewicz.NaTemat.pl – 2012-06-15

Jan TRUSZCZYŃSKI
Dyrektor Generalny Dyrekcji Generalnej Komisji Europejskiej ds. Edukacji i Kultury. Dyplomata, urzędnik państwowy, były wiceminister spraw zagranicznych. W latach 2001-2003 główny negocjator w negocjacjach o przystąpienie Polski do UE.

Violetta Rymszewicz: – Czy Europa jest skazana na przyjaźń z Chinami?

Jan Truszczyński: – Ta przyjaźń leży w interesie Europy i Chin. Staramy się rozwijać kontakty w sposób najkorzystniejszy dla obu stron. I nie kierujemy się sentymentami.

Dlaczego właśnie Chiny?

Dlatego, że jest to druga, co do wielkości gospodarka na świecie, a jej rola globalna regularnie rośnie. Ważne jest też, że Chiny chcą być współodpowiedzialne za rozwiązanie najważniejszych wyzwań przyszłości, takich jak zmiany klimatyczne, dostęp do wody i surowców.

Chiny mają też swoją ciemniejszą stronę …

Zgadza się. Sposób, w jaki rozwija się system polityczny w Chinach różni się od tego, co uważamy za dobre w Europie. O tych różnicach rozmawiamy i nie powinny one przesądzać o wzajemnej współpracy w innych dziedzinach.

O których dziedzinach mówimy?

Przede wszystkim o edukacji, kulturze i współpracy młodzieżowej.

Czego Europa spodziewa się po współpracy z Chinami?

Chiny są państwem w fazie wzrostu. Oni raczej importują niż eksportują dobre wzorce, modele i rozwiązania. I tak na przykład nasza współpraca w dziedzinie edukacji to eksport dobrych praktyk z Europy. Już mamy znaczącą wymianę uniwersytecką – zarówno studentów jak i pracowników naukowych. Przy czym nadal więcej Chińczyków przyjeżdża do Europy niż Europejczyków wyjeżdża do Chin.

Dlaczego?

Barierą jest język, brak kryteriów oceny jakości nauczania po stronie chińskiej, systemów akredytacji dyplomów i systemów uznawalności wykształcenia, podobnych do tych, które mamy w Europie. Dodatkowym problemem jest niedostateczna wiedza o tym, jaką jakość oferuje chiński system edukacyjny i jakie korzyści można odnieść decydując się na studiowanie w Chinach.

Czy wobec tego Komisja Europejska zachęca młodych ludzi do wyjazdu do Chin?

Oczywiście, że tak. Przede wszystkim w ramach programu Erasmus Mundus, w formule dwuletnich stypendiów naukowych na poziomie magisterskim. Przy czym nie jest to program masowy, jest skierowany do najlepszych studentów uczelni europejskich. Wspieramy projekty współpracy między uczelniami, prowadzące do podwójnych stopni magisterskich i doktorskich, uznawanych w Europie i Chinach.

Do tej pory globalnym językiem nauki i komunikacji jest język angielski, czy w sytuacji rosnącego znaczenia Chin, do systemu komunikacji międzynarodowej dołączy mandaryński?

Chińczycy doskonale wiedzą, że internacjonalizacja szkół wyższych jest potrzebą przyszłości i że jest to jeden z koniecznych czynników podnoszenia jakości i efektów nauczania. Oczywiście jednym ze sposobów internacjonalizacji nauczania jest posługiwanie się językiem angielskim.

Język mandaryński raczej nie osiągnie pozycji i znaczenia języka angielskiego. Utrudnienia związane z koniecznością opanowania kilku tysięcy ideogramów i brakiem aparatu porównawczego, który pozwoli na przypisanie do nich zgłosek, mogą okazać się przeszkodą nie do pokonania. Zresztą dla samych Chińczyków opanowanie języka pisanego, pozwalającego choćby na swobodną lekturę gazet i komunikację na piśmie jest często nader trudnym wyzwaniem. Język mandaryński jest nieprawdopodobnie trudny i to, mniemam, ograniczy jego powszechność.

Co oznacza bliska współpraca z Chinami dla absolwentów szkół wyższych z Polski i Europy?

Musimy zdawać sobie sprawę z proporcji. Od 2004 roku, czyli od momentu, kiedy otworzyliśmy program Erasmus do Europy przyjechało ok. 1400 osób z Chin, wyjechało zaledwie kilkaset. To nie są oszałamiające dane. Pamiętajmy, że liczą się nie tylko wyjazdy, ważna jest również wymiana naukowa i instytucjonalna. Współpraca z Chinami istnieje, ale nie możemy zakładać, że jej efekty pojawią się natychmiast. Chiny nie są przecież uczestnikiem procesu bolońskiego, są jedynie jednym z obserwatorów. Przyglądają się nam i powoli przejmują to, co im odpowiada.

Rozumiem, że Chiny uczą się od Europy. A czego Europa może nauczyć się od Chin?

W ciągu ostatniego półtora roku do Szanghaju udali się liczni europejscy decydenci oświatowi, żeby przyjrzeć się z bliska czemu należy przypisać doskonałe wyniki chińskich dzieci w międzynarodowych testach PISA. Prowincja Szanghaj osiągnęła w nich najwyższe lokaty, zostawiając w tyle inne kraje azjatyckie i Europę. Testy PISA badają osiągnięcia piętnastolatków w tzw. alfabetyzmie, czyli czytaniu i rozumieniu tekstu; matematyce i naukach ścisłych.

Doskonałe efekty młodych Chińczyków są tym bardziej zastanawiające, że szkoła chińska jest bardzo tradycyjna, oparta na podległości, posłuszeństwie wobec nauczyciela, rygorystyczna i wymagająca. Motywująca nadal bardziej poprzez kary niż nagrody.

Przy tym, tak różniącym się od naszych obecnych praktyk, podejściu do uczniów jeszcze wyraźniej rysuje się pytanie o przyczynę ponadprzeciętnych wyników chińskich dzieci.

To powinno dawać do myślenia Europie i Europejczykom.

Czy otwiera się dla nas nowy rynek pracy w Azji?

Nie wydaje mi się, że można mówić o otwieraniu się nowego rynku pracy. Może dla specjalistów – tak, dla reszty pozostanie to jednak rynek ograniczony. Poziom dochodów, warunki życia i pracy, jakie panują w Chinach, trudno uznać za konkurencyjne w stosunku do tego, co mamy w Europie.

A zawody związane z reprezentowaniem interesów Chin na terenie Europy? Może tu pojawi się szansa na nowe specjalizacje, np. w zakresie prawa międzynarodowego, gospodarczego, tłumaczeń lub arbitrażu międzykulturowego?

W dość ograniczonym stopniu. To nigdy nie będzie rynek o znaczących rozmiarach. Chociaż zapotrzebowanie na specjalistów ds. rynków wschodnich oczywiście będzie rosło. Dość wyraźnie widać, w wielu krajach Europy, że zapotrzebowanie na naukę języka chińskiego przekracza istniejące możliwości rynku szkoleń. Brakuje nauczycieli umiejących skutecznie nauczyć języka. Coraz wyraźniejsza jest obecność językowo-kulturowa Chin w Europie, choćby za przyczyną powstających Instytutów Konfucjusza. Ale to nadal nie są zjawiska na skalę znaczącą na europejskim rynku pracy.

Co warto umieć, aby odnaleźć się w środowisku międzynarodowym?

Warunkiem koniecznym jest znajomość języka i wcześniejsze „otarcie się” o kulturę kraju, do którego się wyjeżdża. Trzeba pamiętać, że zazwyczaj otwartość autochtonów na emigrantów jest ograniczona i emigrant rzadko jest witany z otwartymi ramionami. Europa to nie stany Zjednoczone, gdzie panuje „melting pot” (tygiel ras i narodowości – przyp. Autorki). Europa jest kontynentem osiadłym. Ilość ludzi, którzy na stałe lub na dłuższy czas znajdują się poza swoim krajem i tam żyją i pracują jest nadal bardzo mała i wynosi zaledwie 3% osób aktywnych zawodowo. 60% Polaków nadal umiera w miejscowości, w której się urodzili.

Czy mobilności zawodowej można nauczyć?

Nie wiem, czy można nauczyć. Warto kontynuować i rozszerzać wspieranie mobilności edukacyjnej, która jest przecież równie korzystna.

Dlaczego?

Mobilność edukacyjna zwiększa kapitał społeczny jednostki, uczy kompetencji społecznych, otwiera na inne kultury, modele życia i poglądy. Wreszcie znacząco ułatwia start zawodowy. Badania pokazują, że absolwenci mający w swoim bagażu choćby semestr studiów poza granicami kraju szybciej dostają pierwszą pracę i osiągają wyraźnie wyższy poziom zarobków.

Co Pana zdaniem decyduje o sukcesie w pracy za granicą?

Najważniejsza jest umiejętność pracy w zespole, znajomość języków obcych, umiejętności komunikacyjne, otwartość na innych oraz ich kulturę i sposób życia.