Monika Heleniak: Praktyki studenckie śmiesztyki (*)

Monika Heleniak: Praktyki studenckie śmiesztyki (*)

Jestem na studiach, uczę się, zdobywam wiedzę, a dodatkowo będę mieć praktyki, potem wpiszę to sobie w CV i już mam doświadczenie zawodowe, ale fajnie, skończę studia i nie zostanę bez pracy, czyli o praktykach w praktyce.

Zastanawiam się, czy w sytuacji obecnie panującego, rozpowszechnionego już na prawo i lewo kryzysu na rynku pracy, znajdzie się choć jedna młoda osoba, która na głos doświadczenie zawodowe, nie dostanie palpitacji serca, połączonego z objawami omdlenia i prawie śmierci klinicznej.

Nie? Ciekawe dlaczego. Wbrew obiegowym opiniom, na temat, iż młodzi ludzie, a szczególnie studenci mają twardy orzech do zgryzienia, ponieważ, nie mogą pochwalić się w swoim CV zbyt owocnym doświadczeniem, tym bardziej kierunkowym, jest mylna. Dlaczego tak uważam? Właśnie z powodu instytucji praktyk studenckich.

Dla niezorientowanych, kilka słów wyjaśnienia. Praktyka studencka to czas wyznaczony przez uczelnię w godzinach na odbycie/ odrobienie, celem przygotowania do zawodu, zgodnie z wybranym wcześniej kierunkiem/ specjalizacją w instytucjach powiązanych merytorycznie z tym kierunkiem.

Super, pomyśli stado młodzieży, która zawędrowała aż raptem na pierwszy rok edukacji wyższej. Jestem na studiach, uczę się, zdobywam wiedzę, a dodatkowo będę mieć praktyki, potem wpiszę to sobie w CV i już mam doświadczenie zawodowe, ale fajnie, skończę studia i nie zostanę bez pracy.

Tak to była teoria, teraz czas na praktykę dotyczącą praktyk właśnie.

Mając na uwadze, przedział wiekowy czytających ten artykuł, domyślam się kto już dawno spadł z krzesła ze śmiechu, a kto nadal robi wielkie oczy ciesząc się z doświadczenia w CV, jako dwudziestoparolatek.

Otóż, drodzy czytelnicy sprawa nie jest tak kolorowa jak by się wydawało. Praktyki, rzeczywiście istnieją, są traktowane jako przedmiot, który trzeba zaliczyć podczas sesji. W zależności od uczelni, czasem w trakcie roku akademickiego, czasem podczas wakacji. Rzeczywiście uczelnie zwykle pilnują, by miejsce odbycia praktyk, było zgodne z wybranym przez kierunkiem studiów. W tym celu sporządza się specjalne harmonogramy z zagadnieniami do zrealizowania.

Ale, pytanie brzmi jak praktyka wygląda w praktyce i co oznacza dla każdego z uczestniczących w niej podmiotów?

Uczelnia: To forma zajęć obowiązkowych, nie można jej wykreślić, zresztą logicznym jest, że nie samą wiedzą żyje człowiek i w końcu trzeba zamienić ją w coś użyteczniejszego. Jednak, w rzeczywistości uczelnie niezbyt dokładnie sprawdzają dokonania swoich podopiecznych. Dzienniczki praktyk są zwykle nieczytane, przedziały czasowe ustalane z góry. I co najważniejsze, okres odbywania praktyk jest zbyt krótki by się czegokolwiek nauczyć, tym bardziej gdy szkoła wpadnie na pomysł innowacji w postaci jednego dnia zajęć praktycznych w tygodniu, zamiast ciągłości.

Student: Widząc niezbyt poważne podejście uczelni, nie przykłada się zbytnio do tych zajęć, zresztą przekraczając drzwi firmy ma ku temu powody, w końcu ileż można uczyć się parzenia kawy i obsługi ksera, dzienniczki uzupełniane są zwykle bezmyślnie i nijak się mają do rzeczywistego wykonywania obowiązków, zresztą w niektórych przypadkach i tak nie było by tam co wpisać.

Zakład Pracy: Postrzega praktykanta jako dodatkowe obciążenie, zamiast pomoc. Tak to prawda, nikt nie jest Alfą i Omegą i każdy, nawet ten który dziś automatycznie tworzy bazy danych i wykresy, kiedyś miał problem z formatowaniem dokumentu. Ale tu jest właśnie problem, przychodzi młody i w sumie mógł by pomóc, ale trzeba mu pokazać. Ponieważ pokazywanie jest czasochłonne, a personel etatowy zapracowany, praktykant ma dwa wyjścia: może sobie pójść, z zapewnieniem, że to co trzeba będzie miał podpisane, lub zająć się samym sobą. Szczęśliwcy zostaną zatrudnieni do opisywania i klejenia kopert lub przybijania pieczątek.

Zastanawiam się po co są w ogóle te praktyki, jak i tak każdy wie, że to synonim straty czasu, ogólnego lenistwa i robienia wszystkiego tak, by się w papierach zgadzało. Po co komu głowę zawracać.

Niewiele jest prawdziwych wybrańców, którzy może i z ciężkim sercem, po latach dzięki prawdziwej rzetelnej pracy i zaangażowania, wpisując sobie w CV, praca w programie Solveo, będą wiedzieli z czym to się je.

Więc:

  • Uczelnio, nie dziw się że absolwenci mają do ciebie pretensje, że nie mogą znaleźć pracy.
  • Absolwencie nie dziw się, że pracodawca będzie parzył na to co umiesz, a nie na to co masz na papierze.
  • Pracodawco, nie dziw się że młody pracownik, nic nie umie, jak ma umieć jak mu kiedyś nie pokazałeś jak się to robi.

(*) Monika Heleniak - absolwentka wydziału administracji publicznej oraz zarządzania zasobami ludzkimi. Zajmuje się działalnością naukową (koła naukowe: europejskie, socjologii stosowanej i marketingu oraz zarządzania kadrami). Współtworzy i administruje fan page’e tematyczne m.in. strony rymszewicz.eu. Interesuje się zagadnieniami związanymi z HR, marketingiem, Public Relations, a także rozwojem osobistym.