Jak wykorzystać dzisiejsze studia? (*)

Jak wykorzystać dzisiejsze studia? (*)

Ostatnio w sieci pojawia się coraz więcej artykułów odnoszących się do procesu kształcenia młodych ludzi. Dotyczą zarówno systemu edukacji, jak i obecnego pokolenia wkraczającego na rynek pracy. Większość argumentów przytaczanych w dyskusjach jest słuszna, jednak często oprócz utopijnych wizji, jak powinno być, brakuje propozycji konkretnych rozwiązań. Jak wygląda rynek pracy okiem nieopierzonego młodego człowieka? Do czego przydaje się system kształcenia w Polsce? Cóż ma począć student, aby na dyplomie nie wyjść jak Zabłocki na mydle?

Jak powszechnie wiadomo, rekrutacja na poszczególne kierunki studiów wymaga pisania matur odpowiednich przedmiotów. Zatem, jako przyszli pracownicy, pierwsze istotne decyzje w sprawie ścieżki rozwoju zawodowego musimy podejmować już w trzeciej klasie liceum. Co przeciętny licealista wie na temat rynku pracy? Nic. Czy mamy prawo wymagać, aby dobrze ten rynek znał, albo wiedział gdzie szukać odpowiednich informacji? Uważam, że nie. Na dodatek większość osób ostateczną decyzję, co będzie pisać na maturze, podejmuje za pięć dwunasta. Moim zdaniem na początku klasy maturalnej uczniowie powinni otrzymywać konkretny pakiet informacji: jak obecnie wygląda rynek pracy, do jakich zawodów poszukuje się specjalistów, jakie są prognozy na najbliższe lata, gdzie można spodziewać się ewentualnego zatrudnienia po otrzymaniu dyplomu, jak kształtują się wynagrodzenia w danej profesji. To odpowiedni moment, aby skierować wyobrażenia i marzenia młodzieży na nieco bardziej realną ścieżkę.

Mniej więcej rok później trafiamy na pierwsze wykłady, w nowym środowisku, często daleko od domu. Studia dają dyplom, który nie gwarantuje posiadania praktycznych umiejętności. Jednak wielu rekruterów nadal wypatruje w CV tytułu magistra lub inżyniera. Ponadto na studiach można liczyć na wielu nowych znajomych, imprezy do rana oraz mnóstwa czasu na rozwój. Ci bardziej pracowici mają szansę załapać się na stypendia.

Główną bolączką uczelni wyższych jest niski poziom wynikający z braku środków na kadrę. Z unijnych kas płyną miliony na nowe budynki czy laboratoria, ale stawki dla pracowników skutecznie zniechęcają zdolnych i ambitnych do pracy na uczelniach. Zostają często ci, którzy w rynkowej rzeczywistości nie umieliby sobie poradzić. Przez to brakuje osób rozumiejących, na czym polega komercjalizowanie innowacyjności.

Dość biadolenia, czas na garść porad na temat tego, co warto. Przede wszystkim należy zrozumieć, że im wcześniej wejdziemy na rynek, tym łatwiej nam będzie po uzyskaniu tytułu magistra czy inżyniera. O naszej wartości na rynku pracy bardzo mądrze napisał Alex Barszczewski: http://alexbarszczewski.natemat.pl/56849,jak-podniesc-wartosc-rynkowa, który dowodzi, że na naszą wartość rynkową składają się umiejętności, kontakty oraz umiejętność sprzedania się. Źródła solidnych kwalifikacji są bardzo zróżnicowane w zależności od zawodu, skupmy się więc na pozostałych dwóch czynnikach. Co więc robimy, żeby zdobyć kontakty i dobrze się prezentować?

1. Już od pierwszego roku działamy w organizacjach studenckich, które wbrew pozorom często dają zdecydowanie więcej niż miło spędzony czas w nowym towarzystwie. Komunikacja, definiowanie celów czy nowe kontakty to tylko niektóre z korzyści.

2. Startujemy w konkursach na staże i praktyki. To świetna okazja na znalezienie pierwszej pracy. Firmy biorące udział w takich programach inwestują kilka tysięcy złotych w pozyskanie młodego, obiecującego pracownika i oczekują zwrotu z tej inwestycji. Dlatego trzeba próbować, próbować i jeszcze raz próbować! Nie wyjdzie za pierwszym, drugim, trzecim razem? Trudno, wyciągamy wnioski i idziemy dalej, za którymś razem na pewno się uda.

3. Korzystamy z internetowych platform edukacyjnych, na których wiedzą za darmo dzielą się najlepsze uczelnie na świecie. Być może niekoniecznie będzie to wartościowy wpis do CV, ale za to duży zastrzyk wiedzy i okazja do podszlifowania języka angielskiego.

4. Nie spotkaliśmy nikogo, kto po wyjeździe za granicę w ramach uczelni stwierdził „żałuję, że pojechałem”. Spędzamy świetny czas, poznajemy nową kulturę, nowych ludzi i uczymy się komunikacji.

5. Szukamy pracy, niekoniecznie w zawodzie. Możemy roznosić posiłki, myć szyby, malować ściany. Żadna praca nie hańbi, ale ciężka praca za niską stawkę zadziwiająco skutecznie motywuje do szukania możliwości rozwoju 🙂 Im wcześniej popracujemy kilka miesięcy za 5 czy 6 złotych za godzinę, tym szybciej wyleczymy się z lenistwa.

6. Znajdujemy sobie mentora , czyli eksperta w interesującej nas dziedzinie, który gotów jest pomóc nam w rozwoju. Dawniej w ten sposób uczono zawodu, dziś stosują to nieliczni. Ilość doświadczenia uzyskanego w trakcie takiej przygody może przerosnąć najśmielsze oczekiwania. Przechodzimy kurs zawodu w trybie turbo, nie popełniając przy tym większości błędów żółtodzioba.

7. Uczymy się języków. Dobra znajomość języka angielskiego nie jest żadnym wyróżnikiem więc warto opanować dodatkowy, mniej popularny w Polsce język. Rekruterzy często zwracają uwagę na znajomość chińskiego, hindi czy rosyjskiego.

Wejście na rynek pracy to trudny okres dla każdego. Już od kilku lat dyplom wyższej uczelni nie gwarantuje znalezienia pracy. Mimo tego młodzi nadal podążają utartą ścieżką rozwoju. Może warto spróbować czegoś innego? Najważniejsze to eksperymentować, wyciągać wnioski i ćwiczyć. Ponoć potrzeba 10 000 godzin praktyki, aby stać się ekspertem w dowolnej dziedzinie. My już zaczęliśmy ćwiczyć, a Ty? 😉


(*) AutorzyZespół Studenckiego Forum Business Centre Club Trójmiasto