Jak wychować egoistę, czyli nauczanie po francusku

Jak wychować egoistę, czyli nauczanie po francusku

rymszewicz.NaTemat.pl – 2013-08-09

Przeżyłam szok kulturowy. Na chwilę zupełnie straciłam orientację i grunt pod stopami. A wydawało mi się, że jestem przygotowana …

Przed emigracją do Belgii spodziewałam się zderzenia kultur – różnic językowych, mentalnych, stylu życia i wartości. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Szok kulturowy, który przeżyłam dotyczył dzieci. A ściślej mówiąc – modelu rodzicielstwa i stosunku dorosłych do dzieci. Źródłem niekończącego się szoku była – i jest nadal – belgijska szkoła.

Szok pierwszy – bezpieczeństwo dziecka

Dla wykształconej polskiej mamy bezpieczeństwo to podstawa. Z reguły dmuchamy na zimne, chronimy maluchy przed niepotrzebnym ryzykiem i zagrożeniem.

Tymczasem we Francji i francuskojęzycznej Belgii panuje holistyczne przekonanie, że dziecko musi być samodzielne i, niezależnie od wieku, radzić sobie samo. O ile idea samodzielności jest jak najbardziej pożądana, o tyle jej realizacja przyprawia o zawrót głowy.

Na przykład:

Obrazek z placu zabaw.

„Małpi gaj” dla dzieci powyżej siedmiu lat. Wysokość pomiędzy 1,5 a 3 metry. Na najwyższe partie drabinek wspina się dziewczynka. Na oko dwulatka. Ma króciutkie nóżki, jest trochę nieporadna w chodzeniu, ale zwinna i gibka. Na bosych stopach ma plażowe klapki. Kiedy dziecko kolejny raz niebezpiecznie potyka się i zwisa z drabinek, rozglądam się za mamą. Mama odwrócona plecami wyraźnie woli rozmowę z koleżanką.

Historia ze szkoły.

W Belgii edukację rozpoczynają już czterolatki. Pierwsze dni w szkole to dla dzieci ogromny stres. Tymczasem, szkoła praktykuje, tzw. „kiss and go”. Rodzicom wolno podejść do bramy, pocałować malucha na pożegnanie i ze ściśniętym gardłem odwrócić się i odejść. Nie ma mowy o powolnej adaptacji, wcześniejszych wizytach w szkole. Nie ma mowy o jakiejkolwiek trosce o emocje i samopoczucie dziecka. Uprzedmiotowienie w najczystszej postaci.

Pozwólcie, że dodam. Szkoła, o której mowa w niczym nie przypomina polskich placówek. To gigantyczny kompleks budynków dla ponad 3 tysięcy uczniów. Dla czterolatków wymalowano chodnik w motylki i założono, że dziecko idąc ich śladem trafi na miejsce.

Zresztą, bezmyślna beztroska szkoły nieomal skończyła się tragedią. Pewien osamotniony, rezolutny czterolatek postanowił samodzielnie wrócić do mamy. Ominął ochronę, przeszedł przez bramę i ruszył na wędrówkę po Brukseli …

Szok drugi – zdrowie

We Francji i francuskojęzycznej Belgii dominuje holistyczne podejście do zdrowia, leczenia i edukacji. Zgodnie z zasadami holistycznymi organizm dziecka musi bronić się sam. Ogranicza się podawanie leków, szczególnie antybiotyków. Ta całkiem uzasadniona i rozsądna idea nie budzi wątpliwości. Realizacja w belgijskim wydaniu doprowadza rodziców do rozpaczy. Jak zachować spokój w sytuacji, kiedy lekarz odmawia podania antybiotyku dziecku z bardzo wysoką gorączką i infekcją bakteryjną, argumentując, że organizm musi bronić się sam?

Przyznam się, że mnie samej znalezienie w Belgii lekarza, który nie boi się leczyć, zajęło ponad cztery lata.

Szok trzeci – szkoła

Holistyczne podejście do edukacji zdominowało też francuski system szkolny. Pedagogika holistyczna zakłada, że celem nauczania jest wszechstronny rozwój dziecka – od jak najwcześniejszego wchodzenia w życie społeczne przez uczenie samodzielności aż po doskonalenie kompetencji społecznych.

Brzmi dobrze? Otóż – niekoniecznie.

Na przykład – szkoła oparta o francuski system szkolny, przez cały cykl nauczania początkowego tkwi w przekonaniu, że pomiar osiągnięć szkolnych dziecka nie ma znaczenia. Proponuje w zamian tzw. oceny opisowe.

Problem polega na tym, że są one często źle lub niestarannie przeprowadzone. Są też z reguły subiektywne i niemierzalne. W podejściu holistycznym osiąganie celów edukacyjnych schodzi na dalszy plan. Szkoła powtarza jak mantrę, że oceny są nieważne. Liczy się tylko indywidualny rozwój dziecka.

Największą słabością podejścia jest skrajny brak konsekwencji. Szkoła unikając wyraźnych ocen wykształca w dzieciach przekonanie, że brak efektów nauczania i uczenia się nie jest obarczony konsekwencjami.

Sprawę pogarsza skandaliczny brak dyscypliny szkolnej. Mali Francuzi i Belgowie na zajęciach krzyczą, biegają, jedzą i lekceważą nauczyciela. A wszystko to w imię holistycznego rozwoju indywidualnego.

Nauczyciel wychowany na francuskich ideach holistycznego rozwoju motorycznego potrafi zrobić problem, np. z faktu, że dziecko „porusza się sztywno” i nie zauważyć uzdolnień matematycznych i analitycznych dziecka.

W tym kuriozalnym podejściu aż bije po oczach to typowo francuskie „perfumowanie brzydkich zapachów”, specyficzne skupianie się na drobiazgach i pomijanie istotnych problemów.

Zresztą francuski system szkolny pełen jest paradoksów. Wspomnijmy o najważniejszych.

Po zakończeniu cyklu nauczania podstawowego (primaire) dziecko przechodzi do poziomu secondaire (polskie gimnazjum i liceum). Nagle, z dnia na dzień pojawiają się wyśrubowane, trudne testy badające poziom wiedzy. Dwa razy w roku dzieci przechodzą przez cykle egzaminów.

Łatwo wyobrazić sobie szok przejścia ze szkoły bez ocen do szkoły z surowo ocenianymi, standaryzowanymi testami.

W starszych klasach nie zmienia się tylko dziwaczny, holistyczny stosunek do ocen i osiągania celów. W oczach nauczycieli cyklu secondaire oceny nadal nie mają znaczenia! Powiedzmy sobie szczerze, że jest to czysta hipokryzja. Przecież te oceny, pozornie bez znaczenia, decydują o przyszłości młodych ludzi i np. jakości uczelni, na które zostaną przyjęci.

Przez cały cykl szkolny utrzymanie dyscypliny pozostaje piętą achillesową francuskiego systemu nauczania.

Szok czwarty – dyscyplina szkolna

Francuska szkoła ma bardzo specyficzny stosunek do dyscypliny i porządku. Przeładowana procedurami i regulaminami interesuje się tylko tym, czy aby dziecko nie ma spóźnień i nieobecności. Nic poza tym jej nie obchodzi.

Niespecjalnie karze prześladowania szkolne. Nie zauważa narkotyków i alkoholu. Na francuską modłę, ogranicza się do organizowania pustych spotkań z rodzicami i szumnych pogadanek z uczniami. Zazwyczaj nie ma jej wszędzie tam, gdzie jest najbardziej potrzebna. Nie wspiera uczniów, mało interesuje ją, na przykład, gigantyczny stres czterolatków różnych narodowości brutalnie wstawionych w nowe środowisko w obcym kraju z nieznanym językiem.

Wymaga punktualności i obecności, bo każda nieobecność, bez względu na przyczynę, narusza procedury i psuje statystyki.

Francuska matka jest wyluzowana …

Ostatni szok był nieco trudniejszy do uchwycenia. To był ciąg zaskoczeń w zakresie stosunku matek do dzieci.

Przede wszystkim Francuzki i Belgijki traktują swoje dzieci jak dodatek do życia.

We francuskim domu dziecko nigdy nie staje się ośrodkiem zainteresowania rodziny. Niemowlaki szybko karmi się butelką, bo przecież karmienie piersią ogranicza wolność nowoczesnych Francuzek. Maleńkie dzieci śpią w osobnych sypialniach, a matki „kontrolują” ich bezpieczeństwo za pomocą babyphone.

Lekarze pediatrzy głoszą pogląd, że jeśli czteromiesięczne dziecko budzi się w nocy i płacze, pomimo nakarmienia, to należy je zostawić, bo w ten sposób nauczy się specyficznie pojętej … samodzielności.

Kontakt rodziców z dziećmi ogranicza się do minimum. W roku szkolnym dzieci rozpoczynają dzień ok. siódmej rano dojazdem do szkoły, kończą często po 18-tej. W weekendy ambitni rodzice organizują dzieciom czas – zajęcia artystyczne, sportowe, nauka języków. Niedziela to np. skauci. Przecież rodzice to też ludzie i muszą czasami pobyć bez dziecka …

Przy takim stosunku do rodzicielstwa zupełnie nie dziwi przyzwoita dzietność Francuzek i Belgijek (według danych ONZ z 2010 roku – 1,77 i 1,74). Ale, rzecz jasna, każdy kij ma dwa końce.

We Francji, w sierpniu 2003 roku, podczas morderczych upałów zmarło prawie 10 tysięcy osób. Ponad 80% zmarłych to osoby powyżej 75 roku życia. Staruszkowie umierali samotnie, dusząc się w przegrzanych mieszkaniach. Część z nich miała dzieci, rodziny. Problem w tym, że Francja to kraj indywidualistów z mocno rozluźnionymi więzami rodzinnymi.

Ówczesny rząd, prasa, socjologowie na próżno szukali przyczyn tragedii. Jakoś nikt nie zauważył – lub dla wygody nie chciał zauważyć – związku pomiędzy zajętym, samotnym dzieciństwem bez rodziców a samotną starością.

Do poczytania: