Monika Heleniak: Mamo, tato, dziękuję. Jestem bezrobotnym. (*)

Monika Heleniak: Mamo, tato, dziękuję. Jestem bezrobotnym. (*)

Lipiec, to czas euforii i nieopisanej radości związanej z ostatnim z wydarzeń życia studenckiego, a mianowicie z graduacją. Świeżo upieczeni absolwenci szkół wyższych odbie-rają swoje dyplomy i nagrody. Wreszcie koniec, jesteśmy magistrami. Tytuł zawodowy, ale zawsze tytuł.

Doskonale pamiętam, gdy jeden z moich wykładowców, jeszcze w czasie studiów zadał nam takie o to pytanie: Jaki najgorszy dzień w życiu Was czeka? Odpowiedzi była masa, nikt nie trafił w to co miał do zakomunikowania, ponieważ brzmiała ona następująco.

Najgorszy dzień, który jeszcze przed Wami to ten po graduacji. Dostaniecie dyplom i zrozumiecie, że etap kształcenia wyższego już dobiegł końca, już Was na uczelni nie chcą. Zacznie się prawdziwe dojrzałe życie. Dziś sami sobie zadajcie pytanie, na jakim etapie tego życia jesteście, jak bardzo zaradni, czy odnajdziecie się w nowej już niestudenckiej rzeczywistości i na rynku pracy. A przede wszystkim kogo powinniście za obecny stan i poziom Wasze-go życia wynagrodzić, lub ukarać? Samych siebie? Czy na pewno to prawda, że każdy jest kowalem własnego losu? Czy w Waszym przypadku tak było? Wspominając wyraz twarzy moich rówieśników, widać było, że powiało grozą.

Inspiracją do napisania tego artykułu, stały się przemyślenia dotyczące tej sytuacji i pewna rozmowa ze studiującymi koleżankami, z której wynika, że jest ktoś jeszcze, kogo można by pociągnąć do odpowiedzialności za obecne miejsce młodego absolwenta na ziemi. A oto jej fragment:

 „- … a jeśli chodzi o pracę Kasiu, to zastanawiałaś się nad tym by coś między-czasie złapać? Może w sklepie, czy ulotkach? Cokolwiek, by parę groszy do kieszeni wpadło?

 – Może i myślałam, ale prawo to nie jest łatwy kierunek. Oczywiście byłam tego świadoma, gdy szłam na studia i brałam pod uwagę, to, że poświęcę się tylko nauce. Widzisz, jeśli chcę robić aplikację i nie zatrzymać się na etapie mgr to nie mogę tracić czasu na jakieś kasy, ulotki itp. Później bym sobie tego nie wybaczyła.

-Zauważ, że nie wszyscy prawnicy siedzą w kodeksach i ustawach. Wielu studiuje prawo zaocznie, ma rodziny, pracuje. Co oni mają powiedzieć. Myślę, że to o całkiem co innego chodzi. Zauważ, że tak naprawdę biorąc pod uwagę, kasę którą dostajesz, czy zarobisz sobie na wakacjach, wystarcza Ci na wszystkie opłaty i wydatki, a jak Ci braknie to rodzice dadzą, nie powiedzą idź sobie zarób, są dumni że mają córkę prawniczkę. Pamiętasz Jar-ka? Jemu ojciec już na drugim roku powiedział, że mama ma raka i ze względu na drogie leczenie, nie starczy pieniędzy na jego studia. I co, miał dwa wyjścia: zrezygnować ze szkoły, lub zdobyć pieniądze. Sama wiesz co zrobił, dziś współprowadzi firmę. Studiuje zaocznie, a do podjęcia pracy zmusiła go sytuacja. A Ciebie nie zmusza. Czy Tobie kiedykolwiek rodzice dali do zrozumienia, żebyś sobie dorobiła? Czy odmówili Ci brakujących pieniędzy do rachunków? Nie. ”

– No ok, ale prędzej czy później zacznę na siebie zarabiać, tylko jeszcze skończę aplikację i dostanę się do jakiejś kancelarii, albo założę swoją, coś wymyślę, a jak nie to zagranicą, nie wszyscy przecież pracują w zawodzie. A co do rodzi-ców, to nie tylko moi są dumni, wszyscy są dumni, gdy ich pociechy się kształcą i dążą do lepszego poziomu życia i wiadomo, że od czasu do czasu muszą po-móc, zwykle finansowo, no bo jak inaczej?

 No właśnie jak?

Dziś wspominając tę rozmowę i obserwując absolwentów tym bardziej studiów sta-cjonarnych, którzy przez 5 lat zdążyli zdobyć, aż dyplom mgra, co niektórzy na aż 3.0 i nic więcej, widzę tą samą grozę co podczas rozmowy z wykładowcą. Kasia, mimo przekonania o własnej kancelarii też miała tą samą grozę w oczach. To strach o jutro o przyszłość, powolna rezygnacja z założonych planów, coraz częstsze branie pod uwagę wyjazdu na obczyznę i powolne popadanie w apatię, podczas wysyłania kilkudziesięciu CV. Przecież, miało być ina-czej. Do tej pory było inaczej, było dobrze, były pieniądze, błogie życie, na nic nie brakowa-ło, wszystko się układało. Miałem być tym pierwszym i jedynym absolwentem, który dostanie pracę zgodną ze swoim kierunkiem studiów, bez żadnego doświadczenia i dodatkowych kur-sów. Ale jest inaczej, nikt nie dzwoni nie zaprasza na rozmowy i nawet rodzice zaczynają się bulwersować, tylko nie rozumiem dlaczego i dlaczego oni, przecież też są odpowiedzialni za moją sytuację bo…

Oni wychowali się w odmiennej rzeczywistości, lat 60-tych i 70-tych ubiegłego stule-cia, gdzie przyświecały zupełnie inne wartości, dyplomy i tytuły niosły za sobą pewność na pracę zwykle w zawodzie, a jeśli nawet nie, to na pracę w ogóle, mało kto z młodych kończą-cych, wtedy w większości zawodówki zostawał na bezrobociu. Mówiąc krócej opłacało się zdobywać wiedzę. Na studia było się dostać trudniej, przede wszystkim ze względu na ogra-niczoną ilość miejsc i egzaminy wstępne. Mimo to każdy obecny piędziesięcioparolatek znajdował swoje miejsce na ziemi na co najmniej kilkanaście lat, odciążając finansowo rodzi-ców. Ale to było kiedyś, prawie pół wieku temu i przez ten okres czasu wiele się zmieniło.

Tak drodzy rodzice wiele się zmieniło…

Mam wrażenie, że właśnie brak świadomości tych zmian jest powodem nieodpowiedzialnej pomocy kierowanej do pociech, czyli pokolenia Y. Jak wiadomo, każdy rodzic chce dla swojego dziecka dobrze jest to zrozumiałe, ja też się pod tym podpisuję. Jednak nie rozumiem jak można chcieć szczęścia jednocześnie krzywdząc.

Krzywda polega na tym iż, przeciętny rodzic nadal patrzy na życie swojej pociechy przez pryzmat swojej młodości. Idź do szkoły, na studia zdobądź tytuł magistra, bo bez tego nie dostaniesz pracy, dziś wykształcenie to podstawa, bez niego nic nie osiągniesz. Kierunek? A czy to takie ważne, wszyscy idą na x, idź i ty, po co wymyślać i kombinować. Uczelnia? Najlepiej jak najbliżej domu, co z tego że są lepsze i co z tego, że wszyscy idą na publiczne. Liczy się dyplom. Studiować możesz dziennie, jeszcze się napracujesz, jak będziesz między-czasie sobie dorabiać, zawalisz szkołę i wyrzucą Cię z uczelni, a to dopiero będzie katastrofa i tak dalej i tak dalej. Ile razy takie argumenty przewijały się przy rodzinnym obiedzie w imię troski, w rzeczywistości toksycznie chroniąc przed prawdziwym życiem.

I co z tego wynika?

Zwykle tyle, że po 5 latach studiów, rzeczywiście ten okres czasu wspomina się jako najwspanialszy, ze względu na błogość i brak obowiązków, trzeba się tylko uczyć, dwa razy do roku w czasie sesji. Ale po studiach zaczyna się prawdziwe i dojrzałe życie, pracodawcy wymagają konkretów, najlepiej kilkuletniego doświadczenia, a jeśli już nie to mocno ukształtowanych cech osobowości, takich jak kreatywność, czy samodzielność w działaniu, adaptacja do zmian. Liczą się dodatkowe umiejętności, bo jak wiadomo wiedza zdobyta na studiach, tym bardziej humanistycznych, nie poparta żadną konkretną praktyką jest bezwartościowa. Tak o tym się mówi, jednak ciężko wykrzesać, narzekając jak to w Polsce jest źle.

Właśnie jak inaczej nasi kochani rodzice mogą pomóc swoim pociechom i na czym ta pomoc powinna polegać, by nie wiało grozą pogrzebanych planów i nadziei ?

Drodzy chroniący od wszystkiego złego, pociechy swoje, pomoc nie polega tylko na dawaniu i odciążaniu w obowiązkach, na litości i usprawiedliwianiu, na traktowaniu dwudzie-stoparolatków jak przedszkolaków, którym trzeba zrobić kanapki, dać pieniążka i ukołysać do snu. Dziś rzeczywistość na rynku pracy ale również w życiu wymaga bycia twardym, odpor-nym na stres, którego jest sporo a będzie jeszcze więcej, a przede wszystkim zaradności na każdym kroku, nie tylko w pracy ale i poza nią, masy pomysłów na siebie i świadomości że zmiana króluje i pędzi z prędkością światła. Dlatego chcąc szczęścia dla swoich dzieci, nie brońcie i wręcz namawiajcie do spróbowania tego prawdziwego życia jeszcze w trakcie stu-diów, nawet kosztem kształcenia zaocznego, nieprzespanych nocy, czy jednego semestru w plecy, lub dziekanki. Bo to jest właśnie życie, a Was nie na wieki, kto zechce niańczyć doro-słych teoretycznie trzydziestolatków, którzy z przekonaniem byli utwierdzani, że im się po prostu należy. Dziś na sukcesy i dostatek trzeba sobie zapracować, poświęcić coś by zyskać.

Uwierzcie, że inaczej patrzy pracodawca na potencjalnego pracownika, gdy widzi, że chciało mu się zrobić w trakcie studiów coś jeszcze niż tylko chodzić na wykłady i zakuwać dwa razy na 10 miesięcy, gdy próbował pracować, podejmować dodatkowe kursy, szlifować języki, czy nawet aktywnie uczestniczyć w organizowanych przez uczelnię zajęciach dodat-kowych w postaci kół naukowych, podczas których przewija się konkretna praktyka i umiejętności.

Gdy byłam małą dziewczyną i z niepewną miną szłam do przedszkola moja babcia tak przedstawiła mi tę sytuację: Szkoła to jest tak, jak przejść z pokoju do pokoju. Ani się obejrzysz a będziesz stać za progiem z dyplomami w ręku i przepustką do dojrzałego życia[…]

Drodzy Rodzice[…] jeszcze dziś ten ostatni raz zabierzcie nas na obiad i odwieźcie do domu, a już niedługo dzięki dojrzałemu wychowaniu my będziemy służyć Wam pomocą, dajcie nam tylko trochę czasu[…]”


(*) Monika Heleniak - absolwentka wydziału administracji publicznej oraz zarządzania zasobami ludzkimi. Zajmuje się działalnością naukową (koła naukowe: europejskie, socjologii stosowanej i marketingu oraz zarządzania kadrami). Współtworzy i administruje fan page’e tematyczne m.in. strony rymszewicz.eu. Interesuje się zagadnieniami związanymi z HR, marketingiem, Public Relations, a także rozwojem osobistym.