Monika Heleniak: Student i absolwent na rynku pracy (*)

Monika Heleniak: Student i absolwent na rynku pracy (*)

Po pewnym czasie zauważasz, że Papa Smerf jest tylko w bajce, za to spora część Twoich współpracowników to wypisz wymaluj jak nie Ważniak to Laluś.

Czas na przemyślenie…

Okres jesienny sprzyja melancholii nie tylko ze względu na deszczową pogodę i chłód wiatru z marginalnymi przebłyskami słońca, ale również na stan ducha w jaki pomaga wpaść szczególnie tym którzy stają na rozdrożu swojego życia. Rozdrożu na którym mimo własnoręcznie opracowanych map i planów podróży, brakuje jakichkolwiek drogowskazów którym można by było w pełni ufać. Każda z tych dróg posiada swojego własnego mentora, który gorąco i „szczerze” zachęca do skorzystania właśnie z tej ścieżki życia. A Ty stoisz i nie wiesz, co zrobić, by za kilka lub kilkanaście lat z czystym sumieniem pogratulować sobie wyboru, by budząc się rano z radością wyskoczyć z łóżka, mając świadomość, że robisz to o czym marzyłeś, że otoczyłeś się ludźmi na których możesz liczyć i wykonujesz pracę, która cię satysfakcjonuje i rozwija, po prostu czujesz się spełniony.

Spełniony zawodowo student, czy to mit…?

Przemierzając pół miasta autobusem w październikowy poranek mam dobrych kilkadziesiąt minut na znalezienie minimalnego uśmiechu i radości na twarzy młodej generacji, tej jeszcze studenckiej jak i już absolwenckiej. Nawet Ci najbardziej ambitni o 6.00 raczej nie jadą na zajęcia, więc gdzie? Do pracy swojej pierwszej czasem drugiej innym razem może i piątej. Trochę jeszcze zaspani, zamyśleni i przygnębieni, wpatrują się w szybę, chcą gdzieś w dali ujrzeć odpowiedź na nurtujące setki pytań. Słysząc na około dość nieprzychylne komentarze na temat pokolenia uczących się w trybie wyższym, poczynając od tego, że nie mają pojęcia po co na studia poszli, poprzez zaprzepaszczenie kilku lat zamiast na naukę to na ogólnie pojęte obijanie się, aż po przekonanie, że student, czy tez absolwent stawiając swoje pierwsze kroki na rynku pracy nie ma nic do zaoferowania, jeśli o umiejętności chodzi, za to lista jego wymagań jest długa i pretensjonalna, przyznacie że dobrze, że już w trakcie edukacji myśli się o doświadczeniu, zwanym zawodowym.

Sam w sobie rynek pracy stawia również wysoko poprzeczkę dla jeszcze uczących się. Praktyki są zwykle traktowane jako odbębnienie godzin, by w papierach się zgadzało, staż w większości przypadków zależy od zasobu funduszy jakim dysponuje UP, poza tym niestety często praktykant i stażysta to jest to samo, jeśli o zakres obowiązków chodzi. W teorii ma to być przygotowanie do zawodu, praktycznej stronie tego medalu o tym przygotowaniu nic nie wiadomo. Dlatego dobrze, że chcesz pracować, zdobywać umiejętności, że myślisz obiektywnie i masz świadomość tego, że po ukończonych studiach samym papierkiem nic nie wskórasz, bo takich jak ty jest multum. Tylko czemu dalej jesteś taki smutny… przecież walczysz o pozbycie się statusu bezrobotnego, powinieneś się cieszyć.

Pierwszy kroczek kariery zwanej zawodową…

Od czego zacząć? Właściwie każdy kto jest na etapie lub po etapie wspaniałego okresu studiów, lub ma kontakt z osobami tego pokroju doskonale wie, że łączenie kierunku, czy specjalności z praktyką zawodową jest praktycznie niemożliwe, dlatego studenci zaczynają od różnych drobnych prac, jak to mówią by się załapać na początek, poznać środowisko, poczuć na własnej skórze kodeks pracy i zorientować się w końcu w różnicy między netto a brutto. Te początki zwykle są bardzo trudne. Kuszą takie oferty pracy, które nie wymagają doświadczenia, ponieważ firma inwestuje w systemy szeroko rozwiniętych szkoleń, a minimalne, wymagane doświadczenie to zawodowe. Pojawia się więc pytanie, po co mi te studia jak pracę mogę znaleźć już po maturze. No tak tylko jaką pracę. Przejdźmy dalej. Oferty, które są publikowane posiadają specyficzną cechę, powodującą, iż szczególnie młode niedoświadczone w bojach rekrutacyjnych pokolenie, błyszczy oczyma czytając kolejne linijki ogłoszenia, pisanego tzw. językiem korzyści. Okazuje się, że pracodawca sprawia wrażenie ciepłego, kochającego i troskliwego Papy Smerfa, który wręcz z rodzicielską opieką chce pomóc młodym, a chętnym do pracy. W tym momencie wraz ze skrupulatnym mniej lub bardziej pisaniem dokumentów aplikacyjnych, idą w parze marzenia o nowej pracy, o tym jak się perfekcyjnie spełniasz, jak wykorzystujesz swoje umiejętności, jak w przypadku jakiegokolwiek problemu czuwa nad Tobą doświadczona załoga, wspierając Cię i pomagając Ci wyjść na prosto. Później rozmowa kwalifikacyjna, o której niestety krążą mity, że to rekruter pyta, Ty odpowiadasz. Jeśli to Twoja jedna z pierwszych rozmów, no pytanie o Twoje pytania, stwierdzasz, że wszystko jest jasne jak słońce.

I co udało się, dostałeś tą pracę, już nie jesteś bezrobotnym, już możesz pochwalić się na Facebooku swoim nowym miejscem zatrudnienia, a co niech inni zazdroszczą… tylko czy jest czego?

A w rzeczywistości…

Wchodzisz w wewnętrzny labirynt zasad, obowiązków, planów, ludzi połączonych ze sobą konstrukcjami, na czele których widnieje cel, ktoś z załogi szepnął, że nie do spełnienia, ale ty postanowiłeś, że dasz z siebie wszystko, że się nie poddasz, że będziesz walczyć, bo przyszedłeś tu by pracować. Jeśli trafiłeś do małej firemki masz dużą szansę, że załoga zapamięta Twoje imię i może jeszcze ze dwie informacje na Twój temat, jeśli to korporacja to jesteś pracownikiem działu o nr ewidencyjnym 000345kmra/2. Po pewnym czasie zauważasz, że Papa Smerf to postać bajkowa, za to spora część Twoich współpracowników to wypisz wymaluj jak nie Ważniak to Laluś. Masz ogromne szczęście, gdy w drugim kąciku odnajdujesz bratnią duszę, która tak jak Ty postanowiła, że też chce spróbować, będzie Wam raźniej. Jednak już nie jesteś taki pełen życia, wypłata, która miała być częściową rekompensatą nie jest zbyt wysoka, premie, o których tak głośno mówiono podczas rekrutacji też zapadły się pod ziemię. Mówią, że na początku nie masz co oczekiwać kokosów i mają rację, trzeba coś z siebie dać by później żądać czegoś w zamian. Ale co z tego, gdy to co masz do zaoferowanie nikogo nie interesuje, wymaga się od Ciebie innych umiejętności, takich które musiały by się wiązać z całkowitym przewartościowaniem twojego życia, a nawet może zmianą charakteru.

Więc jest coś gorszego od posiadania statusu bezrobotnego. To sytuacja w której teoretycznie robisz to, czego zażądałeś od siebie sam, popchnięty huczącą machiną rzeczywistości rynku pracy. Pracujesz, jednak czy nie jest to przypadkiem zawodowa antykariera…?

Ku przestrodze…

Młody człowieku pamiętaj, to duży plus dla Ciebie, że zdecydowałeś się na rozpoczęcie pracy jeszcze w trakcie nauki, jednak fakt Twoich minimalnych umiejętności, a jednocześnie chęci nauki, statusu studenta, tudzież absolwenta dopiero co wchodzącego w machinę rynku pracy nie zwalnia Twojego pracodawcy z traktowania Cię jako pełnowartościowego człowieka, który chce realizować swoje potrzeby i wykorzystywać swoje talenty. Stosunek pracy powinien mieć charakter symbiozy, a nie pasożytnictwa. Nikt nie może pozbawić Cię człowieczeństwa, poczucia wartości i godności, bo czasy obozów pracy już dawno się skończyły. Jeśli nawet bardzo zależy Ci na właśnie tej pracy i na tym stanowisku zastanów się, czy jest szansa by zmieniło się cokolwiek w tej dziedzinie na lepsze i czy przypadkiem, nawet nie wiadomo kiedy nie zauważysz, że już Ciebie nie ma, jest tylko mały robot oznaczony numerem, który zapomniał o potrzebie jedzenia picia czy skorzystania z WC, o samorealizacji i uznaniu nie wspomnę, gdzie znużony swoim wykonywaniem obowiązków, wraca do domu i już nie zauważa nawet tego, że zaczyna odreagowywać swoją złość i niezadowolenie na najbliższych osobach, to proste broni się przed totalnym niewolnictwem.

Po drugie wiedz, że każdy pracownik, dziś szczycący się kilkunasto lub kilkudziesięcioletnim nawet, doświadczeniem zawodowym też się kiedyś uczył, też nie miał pojęcia jak się resetuje komputer, jak się obsługuje ksero, czy wypełnia specjalistyczne dokumenty zarezerwowane dla wąskich dziedzin, też zadawala banalne pytania, też się kiedyś mylił i szukał wsparcia w starszych stażem kolegach.

Po trzecie wiedz, że pieniądze to nie wszystko, dlatego jeśli jest to jedyny argument dla którego sam siebie zatracasz, pomyśl czy warto, najpierw zniszczyć siebie, potem swoje relacje z rodziną, a na koniec zdać sobie sprawę, że te kilka lat pracy dały ci kilka groszy na koncie, które teraz musisz przeznaczyć na terapie, bo nerwy masz tak zszarpane, że już nikt nie akceptuje Twoich wybuchów furii. Poza tym zapomniałeś co to pewność siebie zadowolenie i marzenia by wstawać rano z uśmiechem i radością robienia tego co kochasz, a nie tego co nienawidzisz. I nie ważne ile masz teraz lat, ważne że teraz właśnie, dziś właśnie w tej minucie jest ten odpowiedni moment byś mógł się poczuć spełniony zawodowo.


(*) Monika Heleniak - absolwentka wydziału administracji publicznej oraz zarządzania zasobami ludzkimi. Zajmuje się działalnością naukową (koła naukowe: europejskie, socjologii stosowanej i marketingu oraz zarządzania kadrami). Współtworzy i administruje fan page’e tematyczne m.in. strony rymszewicz.eu. Interesuje się zagadnieniami związanymi z HR, marketingiem, Public Relations, a także rozwojem osobistym.