Monika Heleniak: Wielki szacun. Historia prawdziwa (*)

Monika Heleniak: Wielki szacun. Historia prawdziwa (*)

Wracając do tematu, ważnego…

Kontynuując rozważania o szacunku oraz zatracania siebie, (ze względu na komentarz pod poprzednim artykułem), w środowisku zawodowym, szczególnie korporacyjno- zawodowym, zaczęłam się zastanawiać co powoduje, że z jednej strony dorosły, zdrowy człowiek, żyjący pełnią życia nie wie o tym, że ze względu na to, że jest tą pełnowartościową istotą, a nie maszyną zapomina o szacunku, rzucając się w otchłań wyścigu szczurów.

Czym jest szacunek, skąd się bierze?

Tak w tym przypadku, jak i w innych dotyczących istotnych, trudnych, a pożądanych, życiowych kwestii, nie ma jednej definicji poszanowania siebie i drugiego człowieka. To co najbardziej jest nam jednak znane, najtrudniej przedstawić. Słownik języka polskiego, opisuje „szacunek” jako: stosunek do osób lub rzecz,y uważanych za wartościowe lub godne uznania, a także jako przybliżone określenie wartości, wielkości lub ilości czegoś.

Na co dzień nikt jednak nie posługuje się regułką. Mamy swoje wytłumaczenie, poparte zdarzeniami życiowymi, każdy zwróci uwagę na inny aspekt tej wartości i będzie miał odmienne argumenty, by podtrzymać swoje zdanie. Bezdyskusyjnie jednak, gdy mówimy o poszanowaniu, mówimy pięknie, gdy czynimy z poszanowaniem siebie, a tym bardziej drugiego, czynimy najpiękniej. Faktem stosowanym w relacjach międzyludzkich, jest natomiast, by niekoniecznie znać definicję w teorii, lecz mieć ją w sobie na każdym kroku współżycia tak rodzinno – prywatnego jak i zawodowego.

Z górnolotnej teorii, przejdźmy do kontrowersyjnej praktyki – wychowawczej…

Od czego zacząć? Najlepiej od początku, więc postanowiłam zrobić krok wstecz i powrócić do czasów szkolnych. Na początek tych przedszkolno- żłobkowych. Dlaczego tak daleko? Bo tam o szacunku rzecz się zaczyna. Mimo, iż przed oczyma mam biegające dzieciaki, które ze względu na błogość okresu, bawią się w najlepsze, widzę pewien podział.

Gdy przeniesiecie się w czasie, do tego okresu, z pewnością przypomnicie sobie sytuacje, w których w każdej grupie były dzieci bardziej lubiane i te wyłączone. W stronę pierwszych, nawet nauczyciele spoglądali z podziwem. Były też takie, którym zawsze przypadało ostatnie miejsce w szeregu. Smutne, bez jakichkolwiek chęci pokazania własnego miejsca w grupie, wycofane, liczące na litość ze strony rówieśników i opiekunów. Skąd ta różnorodność? Własny wybór, czy rezultat kształtowanego charakteru i wychowania? Z pewnością to drugie, bo kto chciał by być taką czarną owcą.

Więc skąd ten charakter?

Kreowany od pierwszych dni życia, tak starannie układany, że aż niszczony. Przez kogo? To przykre, ale przez pierwszych domowych nauczycieli, czyli rodziców. Badania przeprowadzone przez M. Bishopa i G. G. Lafore’a, ukazują, iż brak akceptacji rodziców oraz inne zachowania krzywdzące i ignorujące powodują występowanie reakcji agresywnych i negatywnego nastawienia dzieci.

Zaniedbanie i odrzucenie jest adaptowane przez małych dorosłych, do ich jakże wielkiego świata. Najbardziej skrajne postawy rodzicielskie, tj. zbyt ograniczająca, czy zbyt pobłażliwa, dają się rozpoznać po raz pierwszy na placach zabaw i w przedszkolach. Zbierają swoje żniwo przez kolejne lata szkolne, aż do traumatycznej dorosłości w bojach zawodowych.

Od przedszkola do… traumatycznej dorosłości.

Gdzie? Jeszcze, choć szczerze wierzę, że niedługo to się zmieni, na studiach wyższych. Od pewnego czasu napływają informacje, że z roku na rok, spada liczba chętnych na tytuł magistra. Z pajęczyn wychodzą szkoły zawodowe, wracają czasy gdzie na kształcenie akademickie decydowała się garstka, a nie prawie 100 %.

Uważam, że to dobrze, ponieważ prócz statystyk i konkretnego zawodowego wykształcenia, jest nadzieja, że powróci coś jeszcze, a mianowicie szacunek do człowieka, zwanego studentem. Tak, tak drodzy wykładowcy, dziekani i rektorzy, młody żak to też człowiek, taki sam jak wy, bywa, że nawet w tym samym wieku.

A bywało niestety tak:

Drodzy studenci i absolwenci, przypomnijmy sobie wspólnie te wszystkie sytuacje, które pokazywały jak funkcjonuje uczelnia od środka. Z odrzuceniem pięknych ilustrowanych informatorów, świetnie przygotowanych marketingowo stron internetowych, opisujących niemierzalne atuty, ubrane w barwny język korzyści.

Ile mamy w pamięci sytuacji, w których, mówiąc kolokwialnie nóż się w kieszeni otwierał, a człowieka aż coś trafiało. Co wtedy robiliśmy? Ile to scenariuszy napisaliśmy by cokolwiek zmienić, by głośno powiedzieć, co myślimy, nawet gdy była nas liczna grupa. Rozchodziliśmy się i zapominaliśmy o sprawie. Przywykliśmy, że to nam zwraca się uwagę, do nas ma się pretensję, od nas się wymaga i nam się obiecuje, nierzadko bez pokrycia.

A wcześniej niestety tak:

Kilka miesięcy temu, miałam okazję rozmawiać ze znajomą, która już dawno skończyła wyższą edukację. Opowiadała o tym jak to było kiedyś. Moda była inna, i na szpilki i na slang młodzieżowy, stosunek do pomysłu na bycie wykształciuchem też inny. Jednak zainteresowała mnie inna historia, dotycząca zachowania grupki studentów na spektakularne zachowanie wykładowcy.

Chodziło o przerobienie materiału na przedmiocie dotyczącym psychologii i psychoterapii, który wymagał konkretnych ćwiczeń. Studentom wydawał się niepotrzebny, ponieważ był przerabiany w poprzednim semestrze. Jednak wykładowca był innego zdania, własnym zachowaniem pokazując jak bardzo ma rację, co stało się kamieniem milowym, w reakcji grupy i zostało jasno i stanowczo wyrażone.

Jak?

Na kolejnych zajęciach, miała się toczyć dyskusja na temat osobistych przeżyć, więc najpierw trzeba było określić swój „poziom bezpieczeństwa”, czyli na ile jesteś w stanie opowiadać o swoich przemyśleniach na forum grupy. Jak się nie trudno domyśleć, w skali od 1 do 10, stan bezpieczeństwa nie przekraczał 5, co również zirytowało owego wykładowcę, który odesłał grupę do domu. Jego urażona duma, dawała się wyczuć. Fakt, student to złośliwe stworzenie, jak mówi koleżanka, ale to wykładowca jako dorosłym, wykształconym człowiekiem i powinien ukazać odpowiedni wzorzec zachowania, a nie świecić antyprzykładem.

Więc, co ma przedszkolak do pracownika, prócz tego, że są na p i skąd ta pretensja do rodzica?

Mam nieodparte wrażenie, że rzadko zwracamy uwagę na związek pomiędzy brzdącem z przedszkola, a dorosłym, który wszedł na drogę dojrzałego życia, równie zawodowego. Szmat czasu dzieli jednego od drugiego, jednak jak mówi przysłownie, czego Jaś się nie nauczy, tego Jan umiał nie będzie.

Tak drodzy rodzice, to wy jesteście pierwszymi belframi i mimo, iż nie chce się w to wierzyć, okres szkoły minie jak z bicza strzelił. To od was zależy, jak będą sobie radzić wasze duże dzieci w życiu. Wychowujecie ja nie tyle dla siebie, co dla świata. Wasz wkład zostanie zweryfikowany przez sytuacje i ludzi na jakie natrafią. To, czy posiądą umiejętność szacunku, perswazji, negocjacji i empatii i nieocenionej zaradności, zwanej życiową, wyjdzie w praniu. Rezultaty będą widoczne, gdy już Was nie będzie. Podczas edukacji, to jeszcze na was liczyć będą pociechy, ale przecież do czasu. Czy wyobrażacie sobie trzydziestoparoletnią Dobrusię, która do pracy przychodzi z mamą, by ta wyjaśniała i usprawiedliwiała jej wszelkie niedociągnięcia w obowiązkach…

Żeby była jasność, nie wrzucam wszystkich do jednego worka. Nie wszyscy robią kanapki do pracy swym dorosłym latoroślom.

Ostatnia szkoła, ostatnia szansa na…

Ostateczne zweryfikowanie swojego być, lub nie być na rynku pracy. Brzmi groźnie? Myślę, że prawdziwie. Wielu studentów, będąc jeszcze na uczelni, czuje ochronny parasol przed surowością rynku pracy. Jeszcze mam czas, jeszcze się nauczę, jeszcze się poszanuję, jeszcze im pokażę, że też jestem kimś. I tak mija czas, stajesz oko w oko z kierownikiem i okazuj się, że Jan jak nie potrafił walczyć o swoje tak nie potrafi.

To właśnie w szkole, czekają nas pierwsze wyzwania, lęki i stresy, praca w grupie, pierwszy nielubiany nauczyciel, czy kolega z ławki, tam mamy szanse na poczucie przedsmaku dojrzałego życia. Pracujemy, ucząc się. Zapłatą są oceny, tak jak wypłata mniej lub bardziej satysfakcjonujące, mniej lub bardziej podstawne.

Dlatego uczelnia, to specyficzna instytucja. Nie ma tam rodziców, przynajmniej nie powinno być. Jest przedsmakiem rzeczywistości zawodowej. Wykorzystujesz życiową wiedzę, naukę i tworzysz własne zasady, którymi będziesz posługiwać się w życiu. Jeśli więc nawet podczas bojów o swoje z wykładowcą, zostajesz z tyłu, nawet gdy masz rację, uważaj. Gdy podejmiesz pracę, scenariusz może się powtórzyć.

Podsumowując

Rodzicu, czas ma to do siebie, że bez względu na wszystko, biegnie do przodu. Miej na uwadze to, że ani ty, ani twoje dziecko możecie nie otrzymać drugiej szansy na wspólną naukę życia, którego większość spędzamy w pracy. Chcesz szczęścia, zadowolenia i zawodowego spełnienia dla pociechy, pracuj nad nim już w piaskownicy.

Człowieku młody, mniej lub bardziej, studia wyższe to Twoja „pierwsza poważna praca”, wykorzystaj te kilka lat na wyćwiczenie swojego charakteru, poszanowania i asertywności, tym bardziej jeśli nastawiasz się na pracę w korporacji. Wbrew pozorom wiele możesz, a nie tylko musisz. Dostaniesz to, na co sobie pozwolisz.

Niech, więc, szacun będzie z Tobą.


(*) Monika Heleniak - absolwentka wydziału administracji publicznej oraz zarządzania zasobami ludzkimi. Zajmuje się działalnością naukową (koła naukowe: europejskie, socjologii stosowanej i marketingu oraz zarządzania kadrami). Współtworzy i administruje fan page’e tematyczne m.in. strony rymszewicz.eu. Interesuje się zagadnieniami związanymi z HR, marketingiem, Public Relations, a także rozwojem osobistym.