Uprzejmie proszę – wara od kobiet, wara od gender

Uprzejmie proszę – wara od kobiet, wara od gender

rymszewicz.NaTemat.pl – 2013-12-01

Jak Kościół śmie występować przeciwko gender, skoro żadna z grzmiących ambon nie zadała sobie trudu, żeby zajrzeć do książek i sprawdzić z czym walczą?

Na uniwersytecie w Padwie, wewnątrz Palazzo del Bo, stoi pomnik z marmuru.

Łatwo go przeoczyć. Wzrok, mimo woli, skupia się na bijących ze ścian nazwiskach wielkich uczonych.

Statua stoi od 1895 roku, skromnie schowana w jednym z bocznych korytarzy. Przedstawia, bodaj, najniezwyklejszą postać w historii nauki nowożytnej. Należy do matematyka, filozofa i teologa. Nie byłoby większych powodów do zdumienia gdyby nie fakt, że… przedstawia kobietę. Pierwszą, w dziejach, kobietę z tytułem doktorskim.

Nazywała się Elena Cornaro Piscopia. Uchodziła za nieprzeciętnie inteligentną i utalentowaną. Znała matematykę, filozofię i teologię. Mówiła siedmioma językami. Zdobyła tytuł „Oraculum Septilingue” (Mistrz Siedmiu Języków).

Elena miała sporo szczęścia – urodziła się w 1646 roku, w bajecznie bogatej rodzinie weneckiej. Dzięki pieniądzom i mądrości ojca trafiła na uniwersytet. A działo się to w czasach, kiedy powszechna rola kobiet ograniczała się do rodzenia dzieci i zamknięcia w domu.

Siedemnastowieczny Uniwersytet Padewski był niezwykłym miejscem. Dzięki finansowemu wsparciu Republiki Weneckiej, w miarę niezależnym od wpływów Kościoła. Mimo to, obecność Eleny w murach uczelni była taką sensacją, że do Padwy zjeżdżali uczeni z całej Europy. Przyjeżdżali sprawdzić, czy rzeczywiście kobietę stać na więcej niż rodzenie dzieci i służenie rodzinie.

Przewodniczka, którą spotkałam na Uniwersytecie, z przejęciem opowiadała o debacie z 1677 roku. To wtedy Wielka Włoszka dyskutowała o teologii z najpotężniejszymi umysłami ówczesnej Europy. Dodajmy, że prowadziła dyskurs w klasycznej łacinie i grece, w obecności mężczyzn-naukowców i Senatu Wenecji.

Dyskusja zakończona niewyobrażalnym sukcesem Eleny była dla męskiego świata nauki takim szokiem, że rok później – w czerwcu 1678 roku Kolegium Filozofów i Lekarzy przyznało jej tytuł doktorski. Piscopia marzyła o doktoracie z teologii. Zablokował go Kościół, obrażony, że do męskiego świata nauki dopuszczono kobietę.

Podczas przyznawania doktoratu, tłum widzów był tak wielki, że nie mieścił się w murach uczelni. Uroczystość przeniesiono do katedry padewskiej.

Osiągnięcia Eleny były spektakularne. Na następny kobiecy doktorat, Uniwersytet w Padwie musiał zaczekać aż do XX wieku.

Od czasów Eleny Cornaro Piscopii niewiele się zmieniło…

Kościół nadal ma problem z ambitnymi, niezależnymi kobietami. Dawniej palił je na stosach. Bez skrupułów mordował nie tylko te, które musiały zapracować na utrzymanie (palono zielarki, położne i tzw. „znachorki” – kobiety które umiały leczyć), ale również te, które chciały się uczyć. W oczach ówczesnego Kościoła – kobieta z książką w ręku to uosobienie szatana.

Dzisiaj kościół nie rozpala już stosów. Dzisiaj po prostu manipuluje faktami i wypacza rzeczywistość. To właśnie Hierarchom zawdzięczamy wszystkie przekłamania dotyczące gender.

Jak ugryźć gender?

Słowo „gender” pochodzi z języka angielskiego i jest używane w dwóch podstawowych znaczeniach jako rodzaj gramatyczny lub odpowiednik słowa sex (co oznacza – płeć). Termin „gender” pozwala odróżnić kwestie związane z płcią od nazywania aktu seksualnego.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) definiuje gender jako „… pełnienie uwarunkowanych społecznie – ról, zachowań i aktywności, które dane społeczeństwo uznaje za właściwe dla kobiet i mężczyzn. [1]”.

Gender nie jest ideologią. Gender jest nauką. Szlachetną nauką o równouprawnieniu kobiet i mężczyzn. Występuje, między innymi, w obronie praw kobiet do edukacji, ochrony zdrowia, ale również uczciwego traktowania na rynku pracy i zapewnienia zarobków adekwatnych do wykształcenia i zajmowanych stanowisk.

Powiedzmy to głośno i wyraźnie – Kościół występując przeciwko gender, występuje przeciwko prawom kobiet do równouprawnienia, występuje przeciwko kobietom.

Gorąco Was proszę, Drodzy czytelnicy – nie mylcie obrony praw kobiet z tanim feminizmem. Problemy, o których mówi gender dotyczą nas wszystkich – również Waszych matek, żon, sióstr i córek.

Posłużmy się konkretami

Zgodnie z danymi „The Global Gender Gap Report 2013”, Polska spadła z 42 na 53 miejsce w rankingu 135 krajów badanych pod względem równości płci.

W Polsce podniesiono wiek emerytalny dla kobiet do 67 roku życia, a zgodnie z danymi raportu, aktywnych zawodowo jest zaledwie 56% kobiet w wieku produkcyjnym (przy 70% mężczyzn z tej samej grupy). Jak, wobec powyższego, zapewnimy kobietom emerytury i bezpieczną starość? Pamiętajmy, że kobiety chcą pracować. Rzecz w tym, że im kobieta jest starsza, tym mniejsze ma szanse na zatrudnienie. Nasz patriarchalny kraj uznaje kobiety 40-letnie za….”stare”.

Jakby tego było mało, Polki zarabiają zaledwie 57% kwot dostępnych mężczyznom, na tych samych stanowiskach i przy podobnym wykształceniu. Polkom nie pomaga nawet fakt, że są lepiej wykształcone niż mężczyźni.

Do ponurego obrazu sytuacji kobiet w Polsce dochodzi jeszcze skrajnie trudna sytuacja demograficzna. Z badań wynika, że w ciągu najbliższych 20 lat ciężar utrzymania starzejących się rodziców spadnie na dzieci. Co, w tej sytuacji, stanie się z kobietami samotnymi, skoro nie ma dla nich pracy, a na wsparcie dzieci nie będą mogły liczyć?

Politycy i Kościół niezwykle chętnie szafują życiem kobiet. Biją na alarm, że katastrofa demograficzna i że niechętnie rodzimy dzieci. O naszym losie najchętniej wypowiadają się… panowie. Widzą nas w domu, przy dzieciach i garach.

Tymczasem, ani słowem nie wspominają, że dla odpowiedzialnej kobiety-matki urodzenie choćby dwójki dzieci oznacza, lekko licząc, 6-letnią przerwę w karierze. Często po takim przymusowym urlopie kobieta nie ma szans na powrót na rynek pracy. Nikt nie wliczy nam tego okresu do przepracowanych lat. Z naszej strony wieloletnia opieka nad dziećmi to czyste poświęcenie.

Inna sprawa, to zupełny brak szacunku dla wysiłku kobiet. U nas o kobiecie „domowej” mówi się z pogardą „kura domowa”. Tak jakby kobieta, która dała życie, wychowuje, dba i kocha swoje dzieci nie zasługiwała na szacunek. Co stanie się z „kobietami domowymi”, kiedy wybuchnie nieuchronny kryzys emerytalny?

Jak, wobec tych faktów, Kościół śmie występować przeciwko gender, skoro żadna z grzmiących ambon nie zadała sobie trudu, żeby zajrzeć do książek i sprawdzić z czym walczą?

Fakt, że niedouczeni Hierarchowie sprowadzają tę osobną dziedzinę wiedzy do seksu i masturbacji świadczy o nich samych. Świadczy o absolutnym braku dobrej woli i wiedzy o realiach prawdziwego życia kobiet. Kościół, z obowiązku, powinien bronić praw słabszych. Kobiety i dzieci są słabsze. Rzecz w tym, że Kościół kobiet nie lubi. Nigdy nie lubił.

Nie umiem zracjonalizować zachowań Kościoła.

Przyszło mi do głowy, że może chodzi o cyniczne odwrócenie uwagi od skandali pedofilskich? A może do naszych Duchownych nie może dotrzeć fakt, że mamy XXI wiek i nieograniczony dostęp do wiedzy? Mamy Internet, a współcześni wierni to już nie są dawne baranki z uwielbieniem spijające biskupie słowo?

Nie wiem. Nie rozumiem – to, że Kościołowi nie jest obcy populizm i odwracanie uwagi od rzeczywistych problemów jest dla mnie jasne. Tylko, dlaczego o gender i losach kobiet autorytarnie wypowiadają się faceci w kieckach? Panowie, za których dach nad głową, obiad i emeryturę płacą wszyscy podatnicy?

Ja, za swoje rachunki muszę zapłacić sama, a na bezpieczną starość – zapracować. Żadna siostra zakonna, ani wierna parafianka nie zrobi za mnie prania i nie posprząta mieszkania. Wobec powyższego – uprzejmie proszę Hierarchów – wara od kobiet, wara od gender.

 


Dla ciekawskich:

Postscriptum

Drodzy, Szanowni Czytelnicy

Wybaczcie proszę, że nie nadążam odpowiadać na wszystkie komentarze. Ponieważ często pojawia się zarzut dotyczący „taniego feminizmu”, pozwolę sobie wyjaśnić swoje intencje.

Z całego serca popieram wszelkie działania mające na celu zrównanie i obronę praw kobiet. Epitet „tani” odnosi się wyłącznie do dyskursu z Kościołem nt. gender.

Szkoda, że Panie pozwoliły Kościołowi strywializować problem i sprowadziły go do „seksu”, „masturbacji” i przebieranek. Wielka szkoda. W tym sensie uważam polemikę o gender za tanią, płaską i czysto ideologiczną.

Proszę, bardzo Was proszę – nie czepiajcie się słów – porozmawiajmy o kobietach, dobrze?