Monika Heleniak: Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Zawód pilnie poszukiwany (*)

Monika Heleniak: Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Zawód pilnie poszukiwany (*)

Na wstępie trochę zgrozy…

Doskonale pamiętam ten program. Był emitowany w TVP1. Sama muzyka wzbudzała we mnie grozę. Strach był tak niepohamowany, że jeszcze przez kilka dni z sercem w gardle, szczególnie, gdy było ciemno, walczyłam z mrocznymi scenariuszami mojej wyobraźni. Lęk przed nieznanym, bezradnością i zatraceniem marzeń i planów. To był jeden z pierwszych horrorów dzieciństwa.

Dziś, doświadczenie i nieco bardziej obiektywne spojrzenie na świat, dyskwalifikuje filmową machinę, scenarzysty i aktora w jednym. To zabawne jak niewiele trzeba, by bać się zajrzeć za róg własnego domu, trzymając psa na smyczy. Jednak muzyka znów zaczęła grać w mojej głowie. Pojawiła się nagle, ot tak po prawie piętnastu latach. Czy to przypadek?

Niedawno spotkałam koleżankę, jeszcze z czasów studenckich, więc nieodległych. Chwała nam za to, że poznałyśmy się na ulicy. Dziś w czasach Social Mediów to mało spotykane. Po wymianie How do you do hał, hał?, westchnień na myśl o wspomnieniach błogiego żakowania, pojawiła się tematyka pracy, a jak pracy to i Urzędu Pracy oraz wszelkiej papierologi, potrzebnej do zakwalifikowania się, jako zaszczytny bezrobotny.

– Wiesz – powiedziała. – Tam była taka rubryka gdzie trzeba było wpisać zawód. Kim my jesteśmy z zawodu? Miałam z tym niemały problem. Suma summarum, zostawiałam puste pole.

– Ale czemu? – odpowiedziałam. – Biorąc pod uwagę ukończone studia Ty jesteś administratywistą publicznym, a ja zarządcą zasobów ludzkich. (śmiech).

Wymieniając jeszcze kilka informacji, rozstałyśmy się rozbawione, winszując sobie tego co najlepsze, szczególnie na drodze zawodowej.

Zgrozy ciąg dalszy…

Jednak niestety prawda jest taka, że nie mamy z czego się śmiać w obliczu pytania: Kim jesteś z zawodu? Nabieramy wody w usta, rzucając kierunkiem studiów, na poczekaniu zastanawiając się, czy to już zawód.

Reformy pt. „kształcenie wyższe dla wszystkich ” spowodowały w dużej mierze, że większość z nas może utworzyć co najwyżej, hybryd językowy pochodzący od ukończonej specjalności, czy kierunku głównego. I tak prócz lekarzy, tynkarzy, psychologów, dekarzy, prawników, zdunów, politologów, socjologów, piekarzy, geodetów, czy krawców i szewców mamy: bezpiecznych wewnętrznie i narodowo, chroniących środowisko, budowniczych, zdrowych publicznie, wyedukowanych artystycznie w zakresie sztuk plastycznych, gospodarnych wewnętrznie, międzynarodowo ustosunkowanych, automatyków i robotyków oraz turystycznych rekreacyjnie.

Uprzedzam komentarze, pt. „Kończąc psychologię jestem psychologiem, kończąc astronomię jestem astronomem” Otóż nie. Jesteś tylko absolwentem kierunku, który widnieje na dyplomie. Gdy był byś astronomem z zawodu, bez problemu znalazłbyś pracę, dosłownie kilka tygodni po studiach. Tym bardziej, że kierunek bardzo unikatowy. Wystarczyłoby przedstawienie odpowiednich dokumentów i już odkrywasz nowe ciała niebieskie na równi z Kopernikiem. Jak wiesz rzeczywistość wygląda całkiem inaczej.

Zagadka.

A na marginesie, czy zna ktoś jeszcze jakiegoś zduna? A widział ktoś dwudziestokilkuletniego szewca?

Powrót do przeszłości numer kolejny…

Zastanawiając się, gdzie był przełom piętnujący szkoły zawodowe, na rzecz uniwersytetów, bo nie oszukujmy się, ale edukacyjna wojna jeszcze trwa. Ostatnią bitwę przegrały zawodówki, technika i wszelkiej maści szkoły przyzakładowe ginąc razem z zakładami pracy.

Przypomina mi się taka o to sytuacja, jeszcze z gimnazjum. Koniec trzeciej klasy, jedna z godzin wychowawczych, wypełniamy dokumenty aplikacyjne do szkół średnich. Pamiętam pogardę dla tych, którzy ze względu na kiepskie wyniki w nauce, mieli do wyboru jedną z dwu Szkół Zawodowych. Cała reszta, z piątkami z góry na dół, szóstkami za udział w konkursach i wzorowym zachowanie, nawet, a może i przede wszystkim była wyniesiona na piedestały przez samych nauczycieli, rodziców i ogólną opinię publiczną z Szkołami Wyższymi na czele.

Od czasu do czasu my sami również bardzo barwnie przedstawialiśmy zaszczyty, które przypadną nam po ukończeniu studiów. Dobrze płatna praca, życie bez kredytów, renomowane firmy, duże miasta, świetlista kariera i brak jakichkolwiek problemów ze znalezieniem pracy. Autentycznie nie braliśmy pod uwagę tego, że możemy mieć problem ze znalezieniem nie tyle kierunkowej, co jakiejkolwiek pracy.

I oczywiście ani słowa o przyszłym, konkretnie wykonywanym zawodzie.

Po gimnazjum przyszły zawodówki, już wtedy na mocnych kroplówkach podtrzymujących ostatnie miesiące życia i ogólniaki, a po nich matura i amnestia w bonusie. Rezultat: ok. 90 % z każdej profilowanej klasy, wywędrowało do różnych miast, by studiować kierunki mniej lub bardziej przydatne, popularne i mądrze wybrane.

To zabawne, że nawet starsze pokolenie, które miało za sobą kilka klas szkoły podstawowej, nauczyło się, że młody kwiat pyta się o to gdzie studiuje i co, a nie kim będzie z zawodu.

Ale to nie miało być tak…

Mnie też o to pytano. Byłam podekscytowana samym faktem bycia studentką. To był zaszczyt. Później obrona pracy dyplomowej i będę magistrem. Bo jak podaje obiegowa opinia, bez papierka nikt cię nie przyjmie.

Świetlana przyszłość czeka na mnie. Tylko, że teraz widzę co najwyżej półmrok, a pierwsza lampka zgasła na samym początku pierwszego roku. Spotkałam kolegę z gimnazjum, miał już za sobą egzamin zawodowy. Opowiadał o tym jak w międzyczasie zrobił dodatkowe uprawnienia na nowoczesną metodę tynkarską i teraz rozważa wybór jednej z trzech ofert pracy (każda oscylowała w granicach 3 tys. zł netto). A ja wracałam do domu z walizką książek, spisem ogólnych sesyjnych przedmiotów, głową napakowaną teorią, która nie byłam w stanie ugryźć praktyki. I pytanie, czy i kiedy zobaczę te 3 tysiące?

Dziś z całym szacunkiem, wielkie brawa na stająco dla tych, którzy jak się okazało mieli więcej oleju w głowie, nie idąc za modą i masami, próbując ostatkiem chęci i sił utrzymać potrzebę funkcjonowania szkół zawodowych, studiów policealnych i techników. Wygraliście, specjalizując się w jednej wąskiej dziedzinie, w jednym unikatowym zawodzie.

 

A ja pytam po raz kolejny, czy ktoś widział mój zawód? Kto zechce zatrudnić zarządcę zasobów ludzkich i administratywistę publicznego? No kto?


(*) Monika Heleniak - absolwentka wydziału administracji publicznej oraz zarządzania zasobami ludzkimi. Zajmuje się działalnością naukową (koła naukowe: europejskie, socjologii stosowanej i marketingu oraz zarządzania kadrami). Współtworzy i administruje fan page’e tematyczne m.in. strony rymszewicz.eu. Interesuje się zagadnieniami związanymi z HR, marketingiem, Public Relations, a także rozwojem osobistym.