Monika Heleniak: „Odejść, czy nie odejść: oto jest pytanie.” (*)

Monika Heleniak: „Odejść, czy nie odejść: oto jest pytanie.” (*)

Analizując, po raz kolejny życie…

Gdy masz do czynienia z niekompetentnym dentystą, kolejnym razem idziesz do innego. Gdy w sklepie jesteś arogancko obsłużony, nie dokonujesz zakupu i już do niego nie wracasz. Gdy zawiodłeś się na bliskiej osobie, w przyszłości odnosisz się z dystansem, ograniczając kontakt do minimum. Gdy samochód, który miał się świetnie prowadzić okazuje się kupą złomu, zmieniasz go. Gdy rozwojowa i satysfakcjonująca praca okazuje się być jednostronnym zyskiem pracodawcy, prędzej, czy później też ją zmieniasz.

W rezultacie, tak sklep, jaki dentysta, czy Twoi bliscy tracą Twoje zaufanie, chęć współpracy, a finalnie Ciebie.

Jednak bywa, że wycofanie się jest jedynym sposobem na zaznaczenie własnego poglądu i pokazanie, że nie zgadzasz się z zaistniałą sytuacją.

Podobnie zachował się dr Lech Trzanowski, który przez 23 lata był związany z Katedrą Historii Starożytnej, Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, wykładając również na Uniwersytecie Jagiellońskim i Warszawskim. Odszedł, nie godząc się z nowomodnym system nauczania, panującym na uczelni. Kontynuuje swoją pracę jako badacz niezależny.

Kiedyś…coś…

Nowak, nie ważne, że Ty masz 3, ważne, że umiesz” – to słowa matematyczki, wielokrotnie wspominanej przez moją mamę. Każdy z tróją na koniec zdał maturę na 5, bez zająknięcia. Choć przez cztery lata utrzymywała, że to ona umie na piątkę, kto ma w planach karierę królowej nauk na czwórkę, a reszta na dwa, góra trzy. Jak wiemy jedynek i szóstek na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w szkolnictwie powszechnym nie było.

Czego jeszcze nie było? Nie było tak łatwo dostać się na studia. Pierwszym etapem starań o wyższe wykształcenie była dobrze zdana matura. Powtarzam, dobrze zdana, a niezdana i to jeszcze przy pomocy amnestii. Kilka tygodni po wynikach egzaminów maturalnych, miały miejsce kolejne – wstępne. Trzeba było się pofatygować na wybraną uczelnię i po raz kolejny wykazać się ustnie i pisemnie z minimum trzech przedmiotów, w tym z języka. Nietrudno się domyślić, iż w tym przypadku sytuacja była podobna, jak z egzaminem dojrzałości. Wyniki musiały być bardzo dobre, bo na jedno miejsce czekało nawet osiem osób. Bardzo często zdarzało się, że mimo świetnych ocen, dwukrotnie powtórzonych, nazwiska na liście przyjętych nie można się było doszukać. Cóż tu dużo mówić korupcja już wtedy była wszechobecna na sporą skalę. Rezultat: wielu zdolnych i chętnych do kształcenia się na uczelniach wyższych, wracało do domów rodzinnych w celu poszukiwania pracy, odkładając na górną półkę marzenia o dyplomie i wszelkich bonusach przypadających z jego tytułu. Geografia z przysposobieniem obronnym, to było marzenie moje mamy, do dziś niespełnione. Na szczęście matura to było coś, w ówczesnych czasach i dzięki niej było o wiele łatwiej znaleźć pracę, szczególnie tzw. umysłową.

Tak było prawie pół wieku temu. Gdy zastanawiam się nad tym jak by wyglądała rekrutacja na uczelnie wyższe, gdy by dziś wprowadzono takie zasady, dochodzę do wniosku, że połowa abiturientów poległa by na etapie: wyniki matur o egzaminach wstępnych nie wspomnę.

Dziś… już nic…

Obecnie, chętni kształcić się w wymiarze wyższym, właściwie niezbyt dużo muszą. Na pewno niewiele muszą wiedzieć, jeśli chodzi o materiał wyniesiony z liceum. Później w trakcie nauki też niezbyt dużo się wymaga, co sprawia, że na studiach łatwo się utrzymać przez ich pięcioletni okres trwania. „Niektórzy studenci nie powinni ukończyć gimnazjum”, mówi Lech Trzanowski. Trudno się z tą oceną nie zgodzić. Dziś każdy może pójść na studia, każdy może otrzymać dyplom magistra, który ze względu na swą powszechność znaczy tyle co telefon komórkowy – każdy go ma.

Zastanawia mnie, na kogo tym razem wylać wiadro pomyj za „gimbusa”, pałętającego się pomiędzy murami uniwersytetu? Nie zgodzę się, że sam był sobie winny, mogąc wybrać inną drogę niż uczelnia. Doskonale wiadomo, że dziś zdana matura w Polsce nie ma żadnej wartości. Nawet od sprzątaczki wymaga się egzaminu dojrzałości, jak by od niego zależałą efektywność machania mopem. Po drugie, maturzysta decydujący co dalej z jego egzystencją, jest w dużej mierze zależny od swoich rodziców, przede wszystkim finansowo. Bardzo często to oni, wymuszają na nim kształcenie wyższe, nie wiedząc lub nie wierząc, że może nie pomóc lub nawet zaszkodzić. Po trzecie już na półmetku szkoły średniej, uczelnie fatygują się do liceów ze skrzętnie przedstawionym programem wyborczym pt: „Nasza Uczelnia najlepsza, choć do nas, a szczęście Cię spotka”.

Rezultatem młodzi ludzie, nie mając innego pomysłu na siebie, trochę popychani palcem rodzicielów i ciągnięci za sznurki uniwersytetów, lądują na studiach. Nie trudno było się dostać, nie trudno utrzymać. „Raz zdobytego studenta nie oddamy” mów Chrzanowski. A jak nie oddamy? Dostosowując wymagania do najsłabszych, walcząc o miano „łatwego do zaliczenia”. Wielu wykładowców w takiej sytuacji rezygnuje ze swoich priorytetów, zaliczając za opłacone czesne. Finalnie mnożąc zysku, bo im więcej studentów, tym większy kapitał. A jakich studentów? Nie ważne, studentów. Nikt też w takim wypadku nie myśli o efektywności nauczania. Grupy ćwiczeniowe wzrastają nawet do trzydziestu osób, przekształcając się w kolejny teoretyczny wykład.

Podsumowując…

Dzisiejsza rzeczywistość systemu edukacji jest zatrważająca. Kształcenie wyższe nie jest już zaszczytem, bo jest dla wszystkich, dla tych z dwóją też. Dyplom poświadczający tytuł zawodowy jest niewiele wart na rynku pracy, bo każdy może go dziś mieć.

Niestety prawda jest smutna, lecz wszystkim znana, dopóki będziemy patrzeć na chętnych kształcić się ludzi, przez pryzmat finansowych zysków, tak długo będzie się mnożył problem upadku wartości szkolnictwa wyższego, a finalnie narastające kłopoty ze znalezieniem pracy.

Przepraszam bardzo, ale nie zgodzę się z argumentem powtarzanym chórem przez rektorów, że studia nie są po to by zagwarantować pracę. Chciała bym przypomnieć, że wszystkie informatory, spotkania wstępne i strony internetowe aż huczą, jak wielkie możliwości daje dyplom właśnie tej uczelni, na właśnie tym kierunku, jak będzie łatwiej po studiach i jak szerokie horyzonty otwiera propagowany system praktyk, kursów, stażów i zajęć dodatkowych. Dziwnym trafem się składa, że te wszystkie zapewnienia, przestają mieć rację bytu tuż po graduacji.

Najważniejsze, że przyszliście zapełnić nasze sale i zapewnić pensum wykładowcom, teraz dowidzenia, już się nie pokazujcie, a pretensje za zmarnowany czas i pieniądze miejcie sami do siebie, nikt Wam nie kazał studiować, byliście dorośli, trzeba było wybrać inny sposób na życie.

Z drugiej strony to przykre, że osoby, które tak wiele mogłyby zmienić w naszym kulejącym systemie edukacji, są zmuszone odejść. Podobnie reagują studenci, bezradnie próbując przypomnieć władzom uczelni, po co tak naprawdę ona jest.

Szansa na zmiany? Zacznijmy od przywrócenia „normalnej” weryfikującej wiedzy matury, oraz egzaminów na studia, to wystarczy na dobry początek.


(*) Monika Heleniak - absolwentka wydziału administracji publicznej oraz zarządzania zasobami ludzkimi. Zajmuje się działalnością naukową (koła naukowe: europejskie, socjologii stosowanej i marketingu oraz zarządzania kadrami). Współtworzy i administruje fan page’e tematyczne m.in. strony rymszewicz.eu. Interesuje się zagadnieniami związanymi z HR, marketingiem, Public Relations, a także rozwojem osobistym.