Monika Heleniak: Bo musi być 5. (*)

Monika Heleniak: Bo musi być 5. (*)

Gdy będąc podrośniętym dzieciakiem słyszałam o pracy w trybie trójzmianowym, przed oczyma miałam ludzi, których praca przerwana, chociaż by na kilka godzin spowodowałaby globalną katastrofę, nie tyle techniczną, co biologiczną. Jak wyobrazić sobie piekarzy pracujących od siódmej do piętnastej, czy lekarzy bez dyżurów nocnych.

Od tamtej pory upłynęło sporo czasu, na tyle dużo, by mój pogląd pracy dwadzieścia cztery na dobę nabrał rzeczywistych wymiarów. Najlepiej uczymy się na własnych przykładach, więc od pewnego czasu również i ja poznałam wymiar pracy na trzeciej zmianie. Mimo, iż zaczynam około dwudziestej, lecę jak na skrzydłach, a gdzie? Do mojej ukochanej edukacji. Przyznam, że praca z pasją potrafi zdziałać cuda. Dla mnie tym cudem jest logiczne myślenie w godzinach przeznaczonych na sen.

Przechodząc do sedna. Jak wiadomo, żadna szkoła o tej porze nie prowadzi zajęć, a ja mówiąc o edukacji miałam na myśli korepetycje. Świadomość uczenia innych, szczególnie tych, którzy tego potrzebują jest czymś tak wspaniałym, że zwykłe słowa tego nie opiszą. Podzielę się natomiast porównaniem, które sama w mojej bezgranicznej euforii wymyśliłam. Po prostu wiesz, że to jest to, tak jak z zakochaniem.

Korepetycje, czyli dodatkowe lekcje, mają na celu wyjaśnić, douczyć, zobrazować to, czego z różnych mniej, lub bardziej niewyjaśnionych powodów z lekcji się nie wyniosło. Wydawałoby się rzecz oczywista. Jednak w trakcie ich prowadzenia dowiedziałam się, że to nie koniec powodów, dla których uczniowie, czy studenci decydują się poświęcić wolny czas na zakuwanie.

 „Musi być pięć, nie wiem, jak, ale musi. Nie wiem jak przerobisz ze mną te pytania, jakich słów mam po kolei używać, ale musi być pięć. Jeszcze trzeba na koniec przykład podać w każdym pytaniu. Ja ostatnio nie podałam i dlatego mnie oblał. A przed ostatnio i przed, przedostatnio, cóż… nie lubi dziewczyn, które się malują”.

Tak, to fragment wypowiedzi, mojej kursantki. Szczerze, to za mało powiedziane, że ręce mi opadły, gdy jej słowa doleciały do moich uszu. Euforia z powodu uczenia innych opadła, a na myśl przyszło jakże znane powiedzenie – „obyś cudze dzieci uczył”.

Oszczędzę Wam drodzy czytelnicy naszej zawziętej polemiki. Pierwsze pytanie, jakie byłam zmuszona zadać brzmiało: Po co poszłaś na studia? Ostatnie: Co będzie liczyło się dla twojego potencjalnego pracodawcy, biorąc pod uwagę studencki dorobek.

Na koniec, śmiech przez łzy, na wieść o traumatycznej prawdzie, którą podzielę się na koniec.

Jakiś czas temu, buszując po Internecie trafiłam na takie zdanie: „to ogromna porażka edukacji, jeśli uczeń woli ściągać i mieć dobrą ocenę, niż przyznać, że nie umie z gorszym stopniem. ” Tak, to katastrofa, która zbiera żniwo dopiero po ukończonej edukacji. O ile jestem jeszcze w minimalnym stopniu zrozumieć, pogoń za oceną dzieci w szkołach podstawowych i gimnazjach, napędzaną aspiracjami rodziców, o tyle nie pojmuję tej gonitwy podczas edukowania w systemie wyższym.

Jednym zdanie wtrącę, co do rodziców pociech, rozpoczynających naukę. Wasze dzieci, to chodzący geniusze. Każde z nich narodziło się z unikatowymi talentami, należy je, więc pielęgnować i wspierać, bez względu na Wasze niespełnione aspiracje, lub przerośnięte ambicje, wywołane przechwalaniem się innych rodziców.

Wracając natomiast do już dorosłych dzieci, które mniej lub bardziej świadomie wybrały drogę, na końcu, której otrzymuje się dyplom magazyniera. Nie chodzi o to by było pięć. Nawet czasem może wpaść dwa. System „zaliczenia za obecność na wykładzie” do niczego nie prowadzi. Egzamin na ściągach zaliczysz, szczególnie tych dopracowanych, ale czy chciałbyś być pacjentem dentysty, który jednym okiem zagląda w uzębienie, a drugim w ściągę? Również wykładowcy, nawet najbardziej zwariowani nie obniżają ocen za makijaż, szczególnie ten podkreślający urodę płci pięknej. Wysoka średnia nie gwarantuje Wam zasobnego życia, dobrej pracy i stabilności finansowej. Jedynie, co daje to stypendium i to nie zawsze. Każdy zna, chociaż by jedną taką osobę, która była przeciętnym uczniem, natomiast teraz prowadzi własną firmę. Nieprawdopodobne, a jakże prawdziwe.

Na zakończenie zdradzę tajemnicę. Chodzi o to, by umieć, potem zrozumieć, a na końcu wykorzystać w praktyce na konkretnych przykładach. Nic mniej nic więcej. Żadnego pracodawcę nie obchodzą Wasze oceny w indeksie, tym bardziej, jeśli skończyliście studia humanistyczne. Może to i lepiej, bo kto dziś z ręką na sercu zakuł, zdał i nie zapomniał? No, kto?

Tak się zastanawiam, może to właśnie tutaj tkwi, chociaż częściowe rozwiązanie problemu młodych bezrobotnych? Może zapomnieliśmy, co to jakość? A może nam się zwyczajnie nie chce?


(*) Monika Heleniak - absolwentka wydziału administracji publicznej oraz zarządzania zasobami ludzkimi. Zajmuje się działalnością naukową (koła naukowe: europejskie, socjologii stosowanej i marketingu oraz zarządzania kadrami). Współtworzy i administruje fan page’e tematyczne m.in. strony rymszewicz.eu. Interesuje się zagadnieniami związanymi z HR, marketingiem, Public Relations, a także rozwojem osobistym.