gazeta.pl 25.01.2015

Etyka i efektywność, psychologia stosowana, podstawy prawa, a nawet „portfolio”. Poza tym do wyboru trzy specjalistyczne ścieżki rozwoju: techniczno-informatyczna, biznesowo-ekonomiczna i multimedialno-artystyczna. A jakby tego było mało – praktyki w firmach i instytucjach. I zamiast trzech – cztery lata nauki. Tak w zarysie prezentuje się unikatowa na skalę Polski oferta nowego liceum, które ma powstać w Warszawie – Bednarskiej Szkoły Realnej.

Pomysł stworzenia BSR klarował się od dwóch-trzech lat w środowisku szkoły na Bednarskiej. Skąd się wziął? – Z rozmów z rodzicami, uczniami, nauczycielami, z zastanawiania się, co jako pedagodzy mogliśmy osiągnąć w czasach, kiedy istniało liceum czteroletnie, i porównania tego ze stanem obecnym – mówi Dorota Fiett, dyrektorka powstającej szkoły.

Fiett twierdzi, że wraz ze skróceniem liceum coś bezpowrotnie zostało stracone. – Teraz wszystkich szybko ogarnia pęd do matury, więcej uwagi poświęca się „uczeniu do egzaminu”, a nie wychowywaniu uczniów – mówi.

– Obecnie jest tak, że naprawdę spokojnie pracuje się tylko w klasie pierwszej liceum. Przez ten jeden rok po prostu jest się z uczniem i wspólnie rozwiązuje się jakiś problem, bo on jest ciekawy z naukowego punktu widzenia. Niestety, w drugiej klasie pojawia się już pewna nerwowość – najpierw na spotkaniach z rodzicami, później wśród uczniów. Nauczyciele słyszą: „Czy to, co robimy, jest w programie do matury? Kiedy zrobimy jakieś testy?”. Czar czystej, intelektualnej zabawy po prostu pryska – ocenia Fiett.

Ale BSR to w zamyśle nie tylko wychowanie. To także próba wyjścia naprzeciw oczekiwaniom pracodawców. – Jan Wróbel bywał na spotkaniach z przedsiębiorcami i oni często podkreślali rozczarowanie kandydatami, którzy przychodzą na rozmowy w sprawie pracy. Często padały słowa, że po szkole średniej młody człowiek ma bardzo niewiele konkretnych umiejętności, np. pracy w zespole, współdziałania, zdolności prezentowania swoich osiągnięć. Te wszystkie wątki złożyły się na pomysł czegoś, co pierwotnie nazwaliśmy „technikum w liceum” – mówi Fiett.

 

Zawodówka dla wykształciucha?

 

Dorota Fiett tłumaczy, że koncepcja szkoły opiera się na trzech filarach. Pierwszy z nich to tradycja „porządnego” liceum ogólnokształcącego, z dobrą humanistyką i językami obcymi.

– Drugi filar to kształcenie zawodowe. Uznaliśmy, że uczniom potrzebna będzie jakaś uniwersalna umiejętność, która przyda się im w różnych, typowych dla dzisiejszych czasów zawodach. Z naszych rozmów z przedsiębiorcami wynikało, że rolę taką pełnić mogą techniki komputerowe. Nieważne, gdzie się pracuje – dziś jest bardzo istotne, by człowiek „znał się na komputerach”. A niestety, brakuje w polskich szkołach solidnej i powszechnej edukacji w tym zakresie – mówi Fiett. I dodaje, czym ma być trzeci z filarów, na których wsparta będzie szkoła. Chodzi o ogólny rozwój młodego człowieka, ze „szczególnym naciskiem na kompetencje miękkie”.

Dlatego też uczniowie poza klasycznymi szkolnymi przedmiotami będą uczyć się psychologii, podstaw prawa, a także „etyki i efektywności”, czyli „E kwadrat”. Skąd ta nazwa? – Wierzymy, że te wartości muszą się mnożyć, a nie tylko sumować. Chcemy podkreślić, że skuteczność funkcjonowania we współczesnym świecie nie stoi w opozycji do działania etycznego, przeciwnie – zachowywanie dobrych obyczajów w biznesie podnosi jego jakość – mówi Fiett.

Nowością będzie też przedmiot „portfolio”. – To ma być przedmiot także w dosłownym znaczeniu. To będzie rzecz, którą uczniowie będą tworzyć na przestrzeni lat, bazując na wykonanych zadaniach zespołowych, pracach artystycznych czy innych osiągnięciach. Chodzi o to, żeby umieć je dokumentować – mówi Fiett. Dodaje, że tak stworzone portfolio może być po ukończeniu szkoły realnym atutem podczas rozmowy o pracę.

Co jeszcze? Nauka pracy w zespole. – Założenie jest następujące: jeśli ktoś pracuje w grupie, jest oceniany tak samo jak cała grupa. I uczeń musi się tak dzielić zadaniami i planować efekty, żeby później nie mieć pretensji, że „grupa dostała czwórkę, a ja zasłużyłem na piątkę”. Chcemy przygotować uczniów na to, że w pracy zawodowej często liczy się efekt pracy zespołu, a nie jednostek. I dlatego trzeba się umieć dogadać – tłumaczy Fiett.

 

Entuzjastyczna reakcja ministerstwa

 

Innowatorski pomysł pedagogów z Warszawy zyskał akceptację w kuratorium i ministerstwie. „Proponowane założenia programowe, organizacyjne i metodyczne mogą stanowić ciekawe doświadczenie, dawać szansę na rozwój uczniom niezdecydowanym co do wyboru kierunku studiów, a nabyte w trakcie nauki w tej szkole umiejętności praktyczne powinny ułatwić absolwentom szkoły znalezienie zatrudnienia” – czytamy w wydanym przez MEN dokumencie, który nadaje nowej placówce uprawnienia szkoły publicznej. Będzie to jedyna taka szkoła w kraju.

– Mam wrażenie, i nie wstydzę się tego powiedzieć, że stosunek ministerialnych urzędników do naszego pomysłu był entuzjastyczny. Spotkaliśmy się z niezwykłą życzliwością – cieszy się Dorota Fiett.

Wedle jej słów uczniowie w BSR najpierw przyswajać będą opartą na podstawie programowej „bazę”, a później wybiorą jedną spośród trzech dostępnych specjalizacji: techniczno-informatyczną, biznesowo-ekonomiczną lub multimedialno-artystyczną. Ich edukację wspierać mają zewnętrzni partnerzy szkoły. Już dziś wśród nich są: Centrum Nauki „Kopernik”, Wydział Wzornictwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie czy funkcjonująca przy giełdzie Fundacja im. Lesława A. Pagi.

– Chodzi nam o to, żeby uczniowie mieli dostęp do praktyk, a żebyśmy my mieli kontakt z nowoczesną wiedzą i nauką. Bardzo zależy nam, żeby nasi uczniowie nie tkwili w szkole, ale często z niej wychodzili i poznawali świat. Współpraca z zewnętrznymi partnerami sprawiłaby też, że do szkoły na zajęcia mogliby przychodzić specjaliści z różnych dziedzin – opowiada Fiett.

Ale ambicje twórców BSR nie kończą się na jednej placówce. – Mamy pomysł, żeby powstawały liczne podobne szkoły. Powołujemy do życia Ośrodek Rozwoju Szkół Realnych, który mógłby pomagać promować taką ideę w innych miejscowościach w Polsce – mówi Fiett. Pytanie tylko, czy znajdą się chętni do podchwycenia tego pomysłu. I czy pomysł szkół realnych w ogóle się przyjmie?

 

Diabeł tkwi w szczegółach

 

– Ta inicjatywa dobrze wpisuje się w nurt poszukiwań sposobów na to, jak odrodzić w Polsce szkolnictwo zawodowe. MEN już od kilku lat wysyła sygnały, że wszelkie działania w tym obszarze są mile widziane – twierdzi Dariusz Chętkowski, pisarz, publicysta i polonista z XXI Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Prusa w Łodzi, autor Belferbloga w internetowym serwisie „Polityki”.

Chętkowski zauważa, że jak dotąd dobrych pomysłów na ten typ szkolnictwa nie znaleziono. – Licea profilowane nie wypaliły, zawodówki nie cieszą się popularnością, podupada też wiele techników. Szkoła, która zapewni dobre wykształcenie ogólne, pozwalające zdać egzamin maturalny, a jednocześnie będzie uczyła praktycznych umiejętności, może uruchomić swoistą modę na taki model edukacyjny – ocenia.

Zdaniem Chętkowskiego tym, co może przyciągać do BSR, jest m.in. jej nazwa. – Ciekawy wydaje mi się pomysł użycia nazwy „szkoła realna”. Nawiązuje ona ewidentnie do tradycji przedwojennej edukacji. To dobrze trafia w oczekiwania rodziców. Z drugiej jednak strony prowadzenie w takiej placówce np. specjalności medialno-artystycznej trochę kłóci się z tym, czym tradycyjnie była szkoła realna – zauważa pedagog.

– Wiele zależy od tego, czy pedagodzy uczący praktycznych, zawodowych umiejętności będą odpowiednio przygotowani. Źle byłoby, gdyby takie lekcje prowadził np. nauczyciel fizyki zaledwie po przejściu jakiegoś kursu – ironizuje Chętkowski, zwracając uwagę, że, jak to zwykle bywa, diabeł w tkwi w szczegółach.

 

Nie będzie rewolucji?

 

Zupełnie inaczej na tę sprawę patrzy Violetta Rymszewicz. Trener, doradca i konsultant z zakresu zarządzania zasobami ludzkimi, prowadząca serwis o rynku pracy, rekrutacjach i planowaniu kariery rymszewicz.eu oraz bloga rymszewicz.natemat.pl, krytykuje ideę stworzenia takiej placówki u samych jej fundamentów.

– Mam wrażenie, że program tej szkoły pisały osoby, które nie mają pojęcia o rynku pracy. Wiedza, do której odnosi się oferta, pochodzi sprzed 10-15 lat. Oferowanie dzieciom „kompetencji zawodowych” w formie takich zajęć, jak np. praca w grupie, to pomyłka. To są idee, które dobrze funkcjonowały na początku XXI wieku, czyli 15 lat temu – ocenia.

– W warunkach zmieniającego się po 2008 roku rynku pracy to nie umiejętność pracy w zespole będzie decydować o tym, czy ktoś sobie poradzi, czy po skończonej szkole trafi na zasiłek dla bezrobotnych – mówi ekspertka.

Zdaniem Rymszewicz szkoły tego typu powinny stawiać na zupełnie inne kompetencje. – Z międzynarodowych badań wynika, że najpoważniejszym problemem absolwentów jest, na przykład, brak kompetencji nazywanej po angielsku „resilience”. To są wszystkie te umiejętności, które  decydują o tym, że potrafimy dostosować się do szybko zmieniającego się, stresogennego otoczenia i rynku pracy. W Polsce jest to duży problem – mamy ogromny kłopot z radzeniem sobie z bezrobociem i częstymi  zmianami zawodowymi. Reagujemy załamaniami, depresjami, uciekamy w nałogi. To nad tym należałoby pracować w pierwszej kolejności – twierdzi.

Dodaje, że jej zdaniem mało kto w Polsce przyjmuje do wiadomości zmiany, jakie zachodzą w obszarze edukacji w Europie Zachodniej. Tłumaczy, że Unia Europejska daje liczne wskazówki co do tego, w jakim kierunku należy reformować systemy edukacyjne i jak uczyć dzieci, żeby nie były skazywane na bezrobocie. – Powstają tysiące stron analiz, raportów, opracowań, zaleceń. Mam wrażenie, że w Polsce nikt się tym nie interesuje – kwituje.

Rymszewicz uważa, że rozwiązania proponowane w nowo powstającej szkole tylko pozornie są nowatorskie. – Trzeba zmienić cały system, zmienić sposób patrzenia na edukację. Należałoby tak przeredagować program, żeby ostatecznie wyrzucić z niego elementy, których korzenie sięgają jeszcze XIX wieku – mówi.

– Odnoszę się z dużym szacunkiem do tego, że ktoś chce zmieniać edukację w Polsce, ale ten konkretny przypadek jest tylko udawaniem, że cokolwiek się dzieje. Edukacja potrzebuje głębokich zmian systemowych. Zamiatanie pod dywan wieloletnich zaniedbań, braku kompetencji edukacyjnych i szacunku do wymagań rynku pracy prędzej czy później o sobie przypomni – ocenia Rymszewicz.

Również Szymon Konkol, nauczyciel, wykładowca, publicysta i współtwórca portalu Nowy Model Szkoły, nie jest przekonany co do tego, czy projekt BSR niesie w sobie naprawdę nową jakość.

– Rosnące niezadowolenie z realiów funkcjonującego obecnie systemu edukacji stało się motywacją do poszukiwań nowych, alternatywnych rozwiązań i nowego modelu szkoły. Bednarska Szkoła Realna jest jednym z przykładów takiego działania – zauważa. I dodaje, że model Szkoły Realnej nie jest wynalazkiem nowym: koncepcja tego systemu oświaty powstała w XVIII wieku i nawiązuje do pruskiego modelu edukacji. – Czyli dokładnie tego, jaki obecnie powszechnie funkcjonuje – zauważa Konkol.

Jego zdaniem założenia stojące za całym projektem nie stanowią więc zwiastuna rewolucyjnych zmian. – Są jedynie próbą dostosowania znanej nam szkoły do wyzwań, jakie niesie ze sobą XXI wiek. „Urealnianie” XVIII-wiecznego modelu szkoły do realiów XXI wieku musi budzić i budzi wątpliwości – ocenia.

Konkol dodaje przy tym, że każda próba zmian w polskim systemie edukacji jest pożądana i jako taka inicjatywa Bednarskiej Szkoły Realnej, rozumiana jako „alternatywa i eksperyment pedagogiczny”, zasługuje na uznanie. – Jednak polskiej szkole, tkwiącej w modelu pruskim, nie wystarczą już kolejne jej reformacje, tutaj potrzebna i oczekiwana jest rewolucja u samych jej podstaw – ocenia.

Wydaje się jednak, że w pełni rzetelnej oceny koncepcji powstającej szkoły będzie można dokonać dopiero po tym, gdy otworzy ona swoje podwoje. MEN już zapowiedziało, że będzie (jak się wydaje – z dużą nadzieją) obserwować efekty jej działania. Być może, choć ten projekt nie stanowi rewolucji, będzie pierwszym krokiem ku szerszej zmianie w polskim szkolnictwie.

 

Facebook comments:

comments